sobota, 31 grudnia 2011

Szczęśliwego Nowego Roku

O czym myślicie w ostatnich chwilach starego roku?
Macie jakieś ważne podsumowania? Plany na następny? Postanowienia na zrealizowania?

Ja myślę o wszystkim, co się wydarzyło w naszym życiu w ciągu ostatnich miesięcy. Nie ukrywam, to był ciężki dla nas rok. Dwie niekorzystne dla nas decyzje tutejszych urzędników, tygodnie potwornego stresu i napięcia - co dalej? odwołania, kolejne miesiące oczekiwania na decyzję... Po drodze dużo zwykłych, codziennych stresów - jakieś zawirowania w pracy, lekarze i ważne badania w tle, a na sam koniec tragedia, która nas dotknęła... nie było łatwo.


Zawsze sobie powtarzam, że za wszystkim, co się dzieje w naszym życiu, jest jakiś głębszy sens, którego w tej chwili nie widzimy ale pojawi się, kiedy nadejdzie na to stosowna chwila. I w każdym nieszczęściu staram się widzieć światełko w tunelu, światełko nadziei, że to m a  s e n s. Nie wiem jeszcze, jaki, ale zobaczę, na pewno go zobaczę i wszystko zrozumiem. Muszę tylko dać sobie trochę czasu.
Trudno mi było w tym roku nie zastanawiać się, dlaczego; dlaczego  to wszystko musiało nas spotkać. Dlaczego właśnie nas?

Jednak dzisiaj, pierwszy raz od dawna - może pod wpływem nastroju ostatnich godzin starego roku, przestaję się zastanawiać nad sensem. I dzisiaj, pierwszy raz od dawna, jestem w stanie powiedzieć - pomimo wszystko, mimo wszystkich niepowodzeń, pomimo śmierci, która cichym cieniem położyła się na naszym życiu i już zawsze z nami zostanie, to był dobry rok. Mam miłość, o jakiej nigdy nie śmiałam marzyć, cudownego, najlepszego na świecie partnera, mam w nim najlepszego na świecie przyjaciela i innych, bliskich mi ludzi wokół. I chociaż zdarzały się chwile, kiedy czułam, że więcej już nie podźwignę, że więcej nie dam już rady - teraz mogę z dumą powiedzieć: dałam radę. Poradziłam sobie. Przetrwałam. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie wszyscy dookoła. Starzy przyjaciele i ci nowo poznani. Realni i ci, których twarzy nie znam, wirtualno-blogowo-mailowi. Dziękuję wam wszystkim pięknie i życzę szczęśliwego Nowego Roku. I nieważne, jak banalnie to brzmi:-)

Wzorem Garfielda bądźmy przebiegli - czego i wam i sobie życzę:-)

wtorek, 27 grudnia 2011

Born to be wild


Choć żyję na tym świecie ponad trzydzieści wiosen, to jednak ludzie nie przestają mnie zaskakiwać i zdumiewać.

Ostatnie zdumienie przyszło w wigilijny poranek wraz z lokalnymi wiadomościami, w których napisano, że poprzedniej nocy na ulicach miast Stanów Zjednoczonych odbyły się bitwy pomiędzy obywatelami (między sobą) oraz obywatelami a ochroną supermarketów tudzież policją.

Historia zaczyna się od firmy Nike, która zapowiedziała na sobotni poranek wielką premierę najnowszych butów Michaela Jordana (informacja dla młodszego pokolenia, bo próchna jak ja to pamiętają - to był taki znany koszykarz). I ludzi ogarnęło szaleństwo. Od wieczora pod sklepami ustawiały się w kolejkach setki (no wiem jak to brzmi, ale to najszczersza prawda) ludzi. W Seattle do 4.00 rano, czyli do otwarcia sklepu (no sorry ale wyobrażacie sobie, żeby iść na zakupy o 4:00 rana? naprawdę?) było już ponad tysiąc osób (dla ułatwienia podaję słownie, jak się komuś nie mieści w głowie: ponad t y s i ą c).

- Około 3:00 w nocy wśród czekającego tłumu - mówi jeden z policjantów z Seattle - zaczęły się przepychanki i bójki. Około 4:00 trudno było opanować ludzi, więc policjaci użyli gazu pieprzowego, żeby uspokoić bijatyki.

W tłumie czekających dwudziestoletni chłopak został dźgnięty nożem, kiedy pomiędzy współkolejkowiczami wybuchła awantura. Zamiast po wymarzone buty trafił do szpitala.
W Georgii policjanci musieli wybić okno w samochodzie, w którym matka zostawiła dwoje niemowląt. Okazało się, że sama ustawiła się w kolejce.
W Indianapolis ludzie tratowali się nawzajem, nie bacząc na to, że w tłumie są dzieci.
 
Warto wspomnieć o wyważonych drzwiach do sklepów, zniszczonych witrynach i wystawach, ludziach bijących się w drodze do kasy. Dwie kobiety, co zarejestrowała lokalna telewizja, rozdawały kuksańce i kopniaki. Policja aresztowała kilkadziesiąt osób. Ochrona w sklepach nie była sobie w stanie poradzić z rozszalałą tłuszczą.

I to wszystko dla butów (notabene wartych niebagatelną kwotę 180 dolców).

Ja rozumiem, że każdy z nas ma potrzebę zrobienia w życiu choć małego szaleństwa. Chyba wszyscy z nas (a przynajmniej większość) z taką pewną nieśmiałością ciągle gdzieś na dnie serduszka pielęgnuje w sobie wizję siebie w zupełnie innym miejscu i czasie, z rozwianym włosem i szaleństwem w oczach, mknącym na motocyklu w siną dal, opływającym świat dookoła kajakiem, latającym balonem nad wulkanami i wspinającymi się na Everest.
No bo przecież jesteśmy born to be wild, a nie po to, żeby z teczuszką i w gajerku codziennie o poranku zapieprzać do tej beznadziejnej roboty. Kto z nas marzył w szczenięcych latach o byciu prozaicznym księgowym, windykatorem czy urzędniczką ze skarbówki? Nikt? No właśnie.


Ale żeby w kolejce po buty? Naprawdę?

piątek, 23 grudnia 2011

Wesołych Świąt:-)

Kochani, chciałabym życzyć Wam spokojnych Świąt.
Żeby w następnym roku spełniły się nasze marzenia, przynajmniej niektóre. Abyśmy byli szcześliwi, przynajmniej czasami. Żeby nasi najbliżsi byli zawsze obok. Abyśmy nie musieli podejmować trudnych decyzji. Aby omijały nas życiowe zakręty i zawijasy ale nie ciekawe przygody. Obyśmy cieszyli się dobrym zdrowiem, bo chociaż o tym zapominamy, jest naprawdę ważne.
Żeby kolejny rok był  po prostu lepszy.
Ściskam Was - świątecznie i na zapas noworocznie:-)

czwartek, 22 grudnia 2011

Szredowanie


To zupełnie jak ja. Też nie czuję atmosfery świąt.
Czy myślicie, że poczuję, jak namówię Króla, żeby przywiązał się do choinki?:-))))
(Nakłonienie go to do tego samo w sobie będzie już świętem:-))) )

Mam nowe ulubione słowo w ponglish. Zeszredować, czyli po naszemu - zniszczyć w niszczarce.
Ładne, prawda?:-) Podzieliła się nim z nami pani w szpitalnej rejestracji, mówiąc przy okazji o Królu "tfoja mąsz". Jednak najpiękniejszym przykładem ponglish, a raczej mieszania języków, była pani z małym berbeciem na paradzie trzeciomajowej. Idąc w pochodzie, powiedziała do malucha piękną śląską gwarą: "Podziwiaj kaj daddi idzie":-))
Oczywiście, moim numerem jeden jest nadal góralsko-szikagowskie podwójne potwierdzenie - "Siur ze hej". Nic tego nie pobije.

P.S. Sąsiedzi muszą nas już nienawidzieć - trzy dni gotowałam bigos, potem postną kapustę a wczoraj do bukietu zapachów dołączył jeszcze aromat gotującego się na pasztet mięsa.
Nie wiem, czy nas za to nie eksmitują:-)

wtorek, 20 grudnia 2011

Przytuliłeś już swoją choinkę?


A Wy?:-))
I jeszcze w kwestii leczenia, bo mi się to jakiś czas temu rzuciło w oczy - chyba wszystkie szpitale w mojej okolicy mają coś świątobliwego w nazwie, najczęściej Matkę Boską albo jakiegoś świętego.

Ale rachunki wystawiają zupełnie nie świątobliwe:-)

poniedziałek, 19 grudnia 2011

Ze świątecznym pozdrowieniem

 
A wy od kogo dostaliście świąteczne życzenia? 
Ja też mam ochotę na przedświąteczną komunikację z moim ubezpieczycielem. Najchętniej wysłałabym mu kartkę z serdecznymi pozdrowieniami i bombą w załączniku.

Ściągają niebotycznie wysoką składkę miesięczną, każą dopłacać do każdej wizyty lekarskiej po pięćdziesiąt dolców a jak przyjdzie co do czego, jakiegoś szpitala i poważniejszych zabiegów, jak ostatnio, to okazuje się, że sami prawie za nic nie płacą. Na wszystko mają klauzule i paragrafy, pisane małym druczkiem do góry nogami i na koniec okazuje się, że składka miesięczna jest tylko po to, żeby mieli z czego utrzymać swoje wypasione biura i fury ale bynajmniej nie na moje leczenie.
I może nie czeka tu się, jak w Polsce, miesiącami na badania, ale teraz już rozumiem, co wszyscy Amerykanie do tej pory mi powtarzali - w tym kraju nawet mając ubezpieczenie, można zbankrutować, jeśli zachoruje się na coś poważniejszego. 

Król opowiadał mi kiedyś historię swojego znajomego, w którą wtedy nie chciało mi się wierzyć, przyznaję się szczerze. Dziś mnie już nie dziwi. 
Ów znajomy miał jakiś problem z kolanem. Poszedł do lekarza, który powiedział, że można próbować rehabilitować ale właściwie potrzebna jest operacja. Ubezpieczalnia zaleciła rehabilitację, za którą płacili przez kilka miesięcy. A kiedy po kilku miesiącach polisa znajomego wygasła i przyszło do jej odnawiania, owa hojna ubezpieczalnia powiedziała, że owszem, ubezpieczy go na kolejny rok, ale z wyjątkiem chorego kolana.  
Nie wiem, ile kosztuje tutaj taka operacja, gdyby płacić prywatnie, ale spodziewam się, że niezły majątek, skoro za jeden dzień w szpitalu wystawiono mi rachunek na ponad dziesięć tysięcy dolców. Osobno liczy sobie każdy lekarz, pielęgniarka, każda maszyna robiona ping, dolicza się też wszystkie koce, które dostajecie do okrycia, każdy kubek wypitej wody i nawet parę skarpet, które dostają pacjenci coby im stopy nie marzły.
 
Nie narzekajcie na polską służbę zdrowia, mówię wam. Może i czeka się wieki ale przynajmniej nikt was nie puści z torbami, bo mieliście pecha zachorować.

A teraz trochę rozrywki, żeby nie było tak poważnie. Czy zdarzyło wam się zatrzasnąć kiedyś kluczyki na zewnątrz samochodu? Ha, tej pani się udało!

niedziela, 18 grudnia 2011

Wspomnienia z dzieciństwa

A wy jakie macie wspomnienia ze świąt?:-)


Ja pamiętam, jak jeden z wujków w Wigilię wyprał sobie jedyne odświętne spodnie (tak, tak, drogie dziateczki, były w Polsce czasy, kiedy nabycie odświetnego ubrania nie było takie proste). Powiesił w ogródku, coby obciekły z wody a potem miał zamiar zabrać do domu, powiesić przy kominku, żeby spokojnie schły do Wigilii.
Niestety szanowny wujo zapomniał zupełnie o spodniach i kiedy przyszedł czas zasiadania do stołu, okazało się, że spodnie zamieniły się w sopel lodu. Do stołu zasiadł więc w codziennych ale już do kościoła na pasterkę chciał iść ubrany odświętnie, więc ściągnął ze sznurka te zamarznięte. Do dziś pamiętam, jak skrzypiał przy każdym kroku:-)))

sobota, 17 grudnia 2011

Chartem do Kansas

Nasi sąsiedzi nas jutro znienawidzą.
Zamierzam gotować bigos:-)

Zakupy świąteczne jak zwykle opędziliśmy wczoraj późnym wieczorem. Cicho, pusto i żadnych cholernych kolęd. Skończyło się na zapełnieniu połowy wózka niezbędnymi artykułami (jestem wyznawczynią oszczędnej i dietetycznej wersji świąt, nienawidzę wyrzucać jedzenia, szczególnie takiego, które sama gotowałam w pocie czoła), w tym dużą ilością eggnogg:-) Na stole będzie wprawdzie dwanaście potraw ale w ilościach minimalnych. I żadnych prezentów.
Jeden stres mniej, bo ja nigdy nie wiem, co kupić Królowi.
Uważam rejestrację list prezentowych w sklepach za genialny wynalazek. To ja decyduję, co chcę dostać. To darczyńca decyduje, co z listy odpowiada jego możliwościom finansowych. W ten sposób ja nie dostaję piętnastego żelazka a on nie stresuje się, czy waza z rżniętego szkła będzie mi się podobać. Szkoda tylko, że takie listy robi się z okazji ślubów a nie świąt - miałabym problem z głowy:-))
Chociaż nieskormnie się pochwalę, że raz - jeden jedyny - udało mi się wymyślić coś fajnego. Zamówiłam pokój w jednym z parków stanowych. Król dostał tylko zaproszenie na weekend z listą potrzebnych rzeczy (bo w grę wchodził i trekking i elegancka kolacja) i wsio. Nie wiedział nawet, gdzie jedziemy; reszty dowiedział się na miejscu. Niestety, taka niespodzianka ma to do siebie, że udaje się tylko raz:-)))
A Wy macie jakieś ciekawe pomysły na niebanalne prezenty?

Też bym chętnie złapała jakiegoś charta do Kansas:-))

czwartek, 15 grudnia 2011

Wielki Powrót Króliczka

To nie miało być miejsce na żalenie się.
To miało być miejsce - odskocznia od życia, a przynajmniej tej jego poważnej części. 
Ale dziś wieczór zupełnie się posypałam.

Przez dwa dni czułam się lepiej; pomogła rozmowa z kimś bliskim, kto przechodził przez to samo, przez co ja teraz i wydawało mi się przez chwilę, że sobie poradzę. Pomyślałam, że skoro ktoś po trudniejszych doświadczeniach się nie poddaje i ciągle optymistycznie patrzy w przyszłość, to ja też to jakoś ogarnę. Też potrafię być silna.
Działało - przez dwa dni.

A potem przestało i dziś wieczór zupełnie się posypałam.
Nie daję rady. Po prostu sobie nie radzę. 
A w dodatku - zupełnie niezamierzenie - zrobiłam Królowi ogromną przykrość.
Wiecie, jak to jest, kiedy palnie się coś zupełnie bez zastanowienia? Bez złych intencji, ot tak - absolutnie bezmyślnie?
No więc ja coś takiego zrobiłam.
I czuję się jak ostatnia szmata, krótko rzecz ujmując.

A w dodatku tutaj dochodzi północ, w Polsce nie ma jeszcze siódmej rano, więc nawet nie mam komu się wygadać. Kurwunia, co nie? Zostaje tylko blog i cierpliwi blogowicze.
Żałosne, prawda? Ale pigułki nie pomagają, podobnie jak alkohol, nawet porządnie zmieszany.
Kurwakurwakurwakurwa.
Wiem, że nikt nie obiecywał, że życie zawsze będzie łatwe i przyjemne.
Wiem, że nikt nie mówił, że zawsze będzie z górki.
Ale żeby w tak krótkim czasie tyle się na nas zwaliło?
Naprawdę?

Gdzieś kiedyś usłyszałam, że dostajemy taki krzyż do niesienia w życiu, z jakim jesteśmy sobie w stanie poradzić.
No więc jak chciałam poinformować Wyższą Instancję, że to dla mnie - malutkiej mróweczki - już zdecydowanie za dużo. My już tu nie mówimy o krzyżu a o jakimś jebanym mount everest do przeniesienia. To kurwunia cholernie nie fair.
Nie sądzicie?

wtorek, 13 grudnia 2011

Golenie owiec

Ja dzisiaj w kwestii formalnej.

Po przekroczeniu magicznej liczby 20.000 czytelników co kilka dni dostaję pochlebnego maila od kolejnej firmy, zajmującej się mamieniem owieczek, czyli marketingiem.
Co kilka dni jakaś miła osoba, której gdzieś we wszechświecie spodobał się mój blog (taaaaa i na pewno nie ma to nic wspólnego ze statystyką), która "przedarła się przez ogrom blogów i fotoblogów i właśnie ten stał się (dla tej miłej osoby) inspiracją" i która "po prostu uwielbia twojego (znaczy mojego) bloga" proponuje mi jakiś sympatyczny deal. A to zamieścić reklamę, a to wziąć udział w konkursie, a to a tamto - a oni w zamian sypną ślicznymi, szeleszczącymi euraskami. Wystarczy wejść na jej konto (znaczy tej wielkodusznej firmy, co to euraskami sypie) na fejsbuczku i sprawdzić zasady konkursu, wziąć w nim udział a potem wszyscy będziemy żyć długo i szczęśliwie (obsypani wiadomo czym).
Znaczy mam się ujawnić się z imienia, nazwiska, adresu i listy swoich znajomych, upodobań i zainteresowań, bośmy przecież na blogach w większości anonimowi. I jeszcze dorzucić listę swoich krewnych i znajomych jako bonus.

Fejsbuczek, podobnie jak naszaklasa to idealne źródło informacji - mamy tu śliczną z punktu widzenia marketingowca listę przydatnych informacji: nie tylko dane osobowe, miejsce zamieszkania, ale z kim sypiamy, kogo lubimy a kogo nie, ilu mamy znajomych i czym się zajmują, czym my się zajmujemy, co robi brat szwagra z Częstochowy, siostra bratowej kuzyna ze Szczytna i kuzynka kuzynki ciotecznej siostry przyrodniego brata z Londynu, jakie mamy zainteresowania, gdzie spędzamy wakacje etcetera etcetera. Nic, tylko dostać zaproszenie od użytkownika i pełen dostęp do jego konta a potem hulaj dusza, piekła nie ma.

Więc chciałam tutaj wszystkich marketingowców, którzy "uwielbiają mój blog" i "zafascynowały ich moje przeżycia" (kurna, ciekawe które?) poinformować, że nie posiadam konta na: fejsbuczku, tłiterze, naszejklasie, gronie i pochodnych oraz nie zamierzam zakładać. Jeśli ktoś chciałby mi coś zaproponować, zachęcam do wysłania maila ze wszystkimi informacjami. Jeśli nadal ktoś się upiera przy odwiedzinach na fejsbuczku, uprzejmie proszę o nie wysyłanie mi żadnych ofert i nie zaśmiecanie skrzynki mailowej, bom leniwa i nie chce mi się tego chłamu usuwać.

A tutaj te oto obrazki pokazują, jak się gra w tę grę, zwaną marketingiem. Potrzebne nam będą: niewinna owieczka i maszynka do golenia.

No więc zaczynamy zabawę: bierzemy słodką, niewinną owieczkę...


...następnie bierzemy maszynkę do golenia...


...i golimy...

...golimy...

...a tu mamy ślicznie łogoloną łowieckę


Proste, no nie?

niedziela, 11 grudnia 2011

Po mydła marsz

Ja nie mam świątecznego nastroju, ale to nie znaczy, że wam nie może się on udzielić. I dlatego polecam gorąco ten blog, którego autorka, niezwykle utalentowana osóbka, tworzy cudne, naturalne mydła.


Prawda, że wygląda smakowicie?:-)
Warto zajrzeć na jej stronę, tym bardziej, że do dzisiaj (niedziela 11 grudnia) trwa tam konkurs - można wygrać swiąteczne cudeńka. Spieszcie się więc po pierwsze świąteczne prezenty:-)

Oczywiście Gwiazdka to też czas dla niektórych na doroczną kąpiel, więc z tego powodu też warto zajrzeć na stronę i kupić albo wygrać mydło - w końcu jak doroczna, to warto, żeby odbyła  się w miłej atmosferze:-)))))
No wiem, jestem złośliwa, ale jak się stoi w dusznym, nagrzanym sklepie w kilometrowej kolejce zaraz za osobą, która mydła nie widziała chyba z rok, to trudno nie być. Nie moja wina.

sobota, 10 grudnia 2011

Święta?

Jestem w tym roku wyjątkowo mało świątecznie nastawiona. W tamtym już od początku grudnia pieczołowicie planowałam, co ugotować i upiec, robiłam listy i liściki, przeprowadzałam telefoniczne konsultacje z mamą w sprawie trudniejszych przepisów. Lepiłam pierogi, obierałam buraki i kręciłam mak. I wszystko to sprawiało mi niesamowitą frajdę.

W tym roku nic. Mam taką ochotę na święta, jak krowa na wizytę u rzeźnika. 

I niestety, nachalnie puszczane od początku listopada w każdym sklepie kolędy, sztucznie radosny nastrój w supermarketach i centrach hadlowych, choinki, lampki, ozdóbki, bombeczki i gwiazdeczki działają na mnie wręcz odrzucająco. No ileż można? Od dwóch tygodni w oknach domów stoją udekorowane choinki a w sklepach ludzie dostają pierdolca.

W czasach mojego dzieciństwa choinkę ubierało się w Wigilię. Potem siedziało się w oknie, czekając na pierwszą gwiazdkę, bo jak tylko się pokazała, należało zasiąść do stołu. Był post, pasterka i żadnego alkoholu. Święta kończyły się w Dzień Trzech Króli a potem było wielomiesięczne oczekiwanie na następne, wyjątkowe dwa tygodnie. T y l k o dwa tygodnie w roku. A teraz? Boże Narodzenie przez blisko pół roku, bo wszyscy muszą zarobić. Teraz wszystko przelicza się na kasę. Kasa, kasa i jeszcze raz kasa. Brrrrr.

Znalazłam tutaj taki sympatyczny wierszyk o świętach, przy którym się uśmiałam. Mam nadzieję, że wam również się spodoba:-)

A Christmas Story

Twas the night before Christmas--Old Santa was pissed.
He cussed out the elves and threw down his list.
Miserable little brats, ungrateful little jerks.
I have a good mind to scrap the whole works!

I've busted my ass for damn near a year,
Instead of "Thanks Santa"--what do I hear?
The old lady bitches cause I work late at night.
The elves want more money--The reindeer all fight.

Rudolph got drunk and goosed all the maids.
Donner is pregnant and Vixen has AIDS.
And just when I thought that things would get better
Those assholes from the IRS sent me a letter,
They say I owe taxes--if that ain't damn funny
Who the hell ever sent Santa Claus any money?

And the kids these days--they all are the pits
They want the impossible--Those mean little shits
I spent a whole year making wagons and sleds
Assembling dolls...Their arms, legs and heads
I made a ton of yo yo's--No request for them,
They want computers and robots...they think - I'm IBM!

Flying through the air...dodging the trees
Falling down chimneys and skinning my knees
I'm quitting this job there's just no enjoyment
I'll sit on my fat ass and draw unemployment.

There's no Christmas this year now you know the reason,
I found me a blonde. I'm going SOUTH for the season.

piątek, 9 grudnia 2011

Drobiazg

Życie postanowiło rozetrzeć mnie na miazgę.
Ale ja postanowiłam się nie poddać.
Chyba.


A wracając do tematu eksiów. 
Z tym eksiem spotykałam się ze trzy miesiące, aż któregoś piątku oświadczył:
- Jutro się nie zobaczymy. Dopiero w poniedziałek wpadnę.
- Coś się stało? - ja, zaniepokojona.
- Właściwie nic. Tylko się żenię.

Drobiazg. Można przeoczyć.

czwartek, 8 grudnia 2011

Z braku inwencji post bez tytułu

Nadal utożsamiamy się z króliczkiem.

Nie no, bez jaj, musicie kupić książeczkę o króliczku. Gdyby była w tutejszych księgarniach, ja na pewno bym ją kupiła!


No cóż, ani pigułki, ani wino nie pomagają.
Trzeba w takim razie poprawić sobie humor czymś innym
A jak wiadomo, nic nie poprawia humoru tak, jak obrabianie tyłka innym. Wróćmy więc do tematu eksiów (oczywiście fajnym i przyzwoitym eksiom tyłka nie obrabiamy).

Jeden z moich eks zawsze chorował w czwartek. Widywaliśmy się wyłącznie od poniedziałku do środy. W czwartek zawsze dzwonił z informacją, że ma ból brzucha/głowy/prostaty/przeziębienie/podejrzenie zapalenia wyrostka/guza mózgu. I chorował do niedzieli. W poniedziałek był zdrów jak rydz (ach te nowatorskie terapie leczenia raka odbytu), do czwartku wszystko hulało a w czwartek znowu okazywało się, że ma zapalenie jądra/ucha/próchnicę czwórki i tak w koło macieju.

Zorientowałam się dopiero przy szóstym razie.
Wolno wtedy myślałam i kojarzyłam fakty.
Zrzućmy to na karb młodości i braku doświadczenia z żonatymi facetami z dwójką pociech, oddelegowanymi do pracy do innego miasta.

wtorek, 6 grudnia 2011

Rekiny

- Mój mąż ma osobowość rekina - powiedziała wczoraj Taka Jedna - musi cały czas pozostawać w ruchu.

A ja myślałam, że to oznacza, że czuje od czasu do czasu czuje nieodpartą potrzebę poprzegryzania komuś tętniczek.

A jaką osobowość mają wasi mężowie/niemężowie/przyszli/niedoszli?

Jeden z moich niedoszłych był synuniem mamuni.
Wszystkie: popołudnia/weekendy/święta/urlopy spędzą z mamunią. Czasami nawet rano jeździł do mamuni na śniadanie.
Mamunia nazywała go "skarbeczkiem" i nawet brała na kolana, choć chłop ważył 120 kg i miał 1,80m wzrostu.
Po drugim "skarbeczku" i mizianiu się po dzióbkach spie$%^& gdzie pieprz rośnie.
A kysz!

Nastrój na dziś:
Książkę już kupili? A?

niedziela, 4 grudnia 2011

O czym się myśli w niedzielne poranki*

* obrzydliwie deszczowe, szare i zimne niedzielne poranki.

Autor: Andy Riley. Kupcie książeczkę koniecznie:-)

Margarytka słusznie zauważyła pod poprzednim postem, że w depresji raczej nie powinniśmy oglądać tej książeczki, ale mnie, na jakiś przewrotny sposób, poprawia ona humor. Obecnie zabawiam się wymyślaniem własnych sposobów odejście z tego padołu łez, jednak rezultatów nie pokażę, bowiem niestety nie rysuję tak dobrze, jak autor owej książeczki.
Przyznam się, że lubimy z Królem czarny humor. Kiedyś, w zamierzchłych czasach, mieszkaliśmy w pięknym mieście Krakowie, na malutkim, nowym, a więc silnie strzeżonym osiedlu, gdzie kamer było więcej, niż mieszkańców, ochroniarzy więcej jak psów a jak się nie miało pilota do bramy albo przepustki od pana z cieciówki, to się nie wchodziło do środka. Zabawialiśmy się wtedy z Panem i Władcą w grę umysłową pt. "Jak niespotrzeżenie wynieść z domu nieboszczyka". Natchnęła nas informacja prasowa o zaginięciu młodej kobiety, która zniknęła z własnego mieszkania ale żadna z działających (!) kamer na osiedlu nie zanotowała, aby owe osiedle opuściła.
No więc wymyślaliśmy, jak to zrobić, żeby ilość wejść zgadzała się z ilością wyjść (żeby zmylić policję - nieboszczyk przyszedł, wyszedł, a więc ukatrupiony został gdzieś indziej) ale żeby kogoś zakatrupić, dyskretnie pozbyć się zwłok i żeby nikt się nie połapał. Zbrodnia doskonała, znaczy.
Nie znaleźliśmy rozwiązania. Może dlatego, że szukaliśmy go głównie po piwie, Mocne Miodowe za 1 zeta i 80 gr. Pyyyyyycha.
Ale zabawa była przednia:-)
Proszę się więc nie dziwić, że w depresji oglądam książkę pt "Jak popełnić samobósjtwo". Robi mi to dużo lepiej, niż jakiekolwiek wywnętrzanie u psychoterapeuty.

piątek, 2 grudnia 2011

Króliczek, reklamy i polityka

Nie wiem, jak wy się macie w tym pięknym dniu (albo wieczorze), ale ja mam ochotę zrobić to, co ten oto tutaj króliczek:


 
Życie jest do chuja wafla i niech nikt mnie nie przekonuje, że jest inaczej.

P.S. Obrazki pochodzą z tej świetnej książeczki, która opowiada o małym króliczku, któremu po prostu nie chciało się dłużej żyć i postanowił popełnić samobójstwo.
Jakbym czytała o sobie.



A ponieważ mam od dwóch tygodni nieustającą depresję, postanowiłam się rozerwać i poczytać trochę optymistycznych wiadomości ze świata. Niestety, gdzie się człowiek nie obróci, tak wszyscy pieprzą o tym cholernym kryzysie. Nawet na rozrywkowych skądinąd stronach joemonster też mówią o kryzysie. Już bym się wkurzyła i wpadła w jeszcze większą rozpacz, nieprawdaż, gdyby nie wystąpienie jednego z brytyjskich polityków, który tak oto zgrabnie i przystępnie wyjaśnia przyczyny kryzysu:


Genialnie proste, no nie?

A tutaj druga wypowiedź tego samego polityka - równie celna - na temat bezrobocia w UE. Nie udało mi się znaleźć wersji z polskimi napisami, więc pod spodem zamieszczam tłumaczenie (nie moje, jestem zbyt leniwa i w zbyt wielkiej depresji, żeby bawić się w tłumaczenia, które bezczelnie przekopiowałam z tej strony).


"Naprawdę szkoda, że komisarz już poszedł, bo sporo by się ode mnie nauczył. W przeciwieństwie do większości tutaj, ja w istocie mam doświadczenie komercyjne, ja naprawdę prowadzę firmy i wiem co mówię. Będę teraz mowił o miejscach zatrudnienia. Mamy 40%, w częściach Unii Europejskiej, 40% bezrobocie wśród młodzieży. A ludzie tutaj sugerują, że to jakiś dopust boży. To nie jest żadne działanie Boga, to czysta, niczym nie zmącona niekompetencja.
Spójrzcie co wy robicie, spójrzcie na przeszkody, jakie stawiacie firmom, zwłaszcza małej i średniej wielkości firmom, przed zatrudnianiem ludzi. Macie płace minimalne, macie emerytury i renty, macie uprawnienia do urlopu, macie podatek od pracy, zwany ubezpieczeniem społecznym w moim kraju, który jest ogromny, wiec pracownik naprawdę nie dostaje nawet połowy pieniędzy, jakie płaci pracodawca. Próba pozbycia się leniwych i niekompetentnych pracowników jest praktycznie niemożliwa, więc zwalnianie ludzi jest bardzo trudne. A jeśli nie możesz zwolnić, to nie możesz zatrudnić, więc traci się elastyczność. Mamy urlop macierzyński, urlop ojcowski, urlop od stresu i całą resztę nonsensów, wynalezionych przez ludzi tutaj, bez absolutnie żadnego doświadczenia komercyjnego. To nie przypadek, że mamy 40% bezrobotnych wśród naszych młodych ludzi, to wasza wina!
A pozwólcie, że przypomnę wam o swobodzie zawierania umów. W wolnym społeczeństwie winniśmy mieć swobodę kontraktu, aby pracodawca i pracownik mogli się spotkać, podpisać umowę i zająć się swoim życiem bez ingerencji z tego miejsca!"

Pan nazywa się Godfrey Bloom i jest moim najnowszym idolem, bo bez ogródek mówi, dlaczego jest jak jest, zamiast wciskać nam ciemnotę, jak to uprawia większość polityków. Oglądałam wszystkie jego wystąpienia, dostępne w sieci i zgadzam się z każdym jednym. Większość polityków na tym świecie powinna natychmiast pójść do pierdla za przestępstwa gospodarcze. Walczymy z mafiami takimi i owymi a tu działa zorganizowana przestępczość, zupełnie na widoku, nie kryjąc się ze swoją działalnością i przy poklasku publiki.
Nie wiem, jak wy, ale ja ogromnie nie lubię, jak ktoś próbuje mnie zrobić w balona.

A teraz z zupełnie innej beczki. Dwie z fajniejszych reklam, jakie widziałam.
Nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam reklamy. Oczywiście nie te durne, gdzie ubrana jak na niedzielną sumę przesłodzona i śliczniutka rodzinka zaśmiewa się z żarcików przy ulubionej kawie/herbacie/ciasteczkach, gdzie ubrane jak na wesele uśmiechnięte panie domu w perfekcyjnym makijażu i drogiej biżuterii z zapałem i pieśnią na ustach myją okna (taaaa, jasne), bo od tych chce mi się zwracać ostatni zjedzony posiłek, ale te z biglem, z pomysłem, z jajem. Wydaje mi się, że w tutejszej telewizji jest ich więcej, jak w polskiej (może dlatego, że ludzie są bardziej wyluzowani i mniej sztywni) a może to tylko takie moje fałszywe wrażenie. 
Nieważne.
Te dwie po prostu mi się podobają.


niedziela, 27 listopada 2011

Nie taki indyk straszny jak go malują

Potwierdzam, że przepis Star na dziękczynnego indyka jest najlepszy na świecie.
Star - jesteś genialna.

Nie to, żebym kiedykolwiek wcześniej robiła indyka, aż taka kucharka to ze mnie nie jest. Właściwie z drobiu to przyjaźnię się tylko z kurami. Ale ten wyszedł absolutnie fantastczny - miękki, soczysty i aromatyczny. Gorąco polecam więc przepis Star. Kto jeszcze nie robił - po indyka marsz!
No i miłej niedzieli, rzecz jasna.

Znowu mnie nosi. Marzy mi się szeroka droga i bezkres przede mną.

sobota, 26 listopada 2011

Pow wow

Hameryka szaleje na zakupach, a my siedzimy w domu, zajadając się pierrrnikiem według genialnego przepisu mojej Mamy (który zawsze się udaje, jeśli jakaś niemota kulinarna - jak ja - potrzebuje przepisu na ciasto, które zawsze wychodzi, proszę dać znać). Indyka jeszcze nie konsumowaliśmy, dopiero się piecze, więc nie mogę zdać relacji z mojej pierwszej z nim przygody. Miejmy nadzieję, że będzie smaczny, bo pachnie obłędnie:-) Ale zanim dobierzemy się do zawartości piekarnika, najpierw zaległe zdjęcia z ubiegłotygodniowego indiańskiego pow wow, które odbyło się już po raz 58 w Wietrznym Mieście. Tłumów nie było (może to i lepiej), za to wielu tancerzy, barwne stroje i piękne tańce. Oczywiście najwięcej było potomków rdzennej ludności, ale zdarzały się wśród tancerzy i blondaski, i rudzielce, corni jak noc i tak jakby żółtawi. Ale kto powiedział, że nie wolno im utożsamiać się z Indianami, no nie?

Król Kurnika uwiecznił je na licznych filmach, dostępnych na jutubie a ja strzelałam słitaśne focie.






Reszta słitaśnych foć w galerii zdjęć.

sobota, 19 listopada 2011

Stało się

Stało się, jak przewidywał taki jeden mój znajomy. Przeszłam na ciemną stronę mocy, znaczy się z h a m e r y k a n i z o w a ł a m.
Będę piec indyka w Dziękczynienie.
Albowiem tak się składa, że dostałam go za darmoszkę a jak wiadomo, darowanemu indykowi nie zagląda się w zęby (albo kuper). Trzeba więc coś z nim zrobić. Najchętniej wypuściłabym go na wolność, żeby hasał sobie po łąkach aż do emerytury, ale mam z tym pewien problem, bowiem indor pozbawiony jest już głowy. Ma wprawdzie jeszcze wnętrzności, aczkolwiek nie wiem, czy wystarczą mu do przeżycia. No i nie ma piór, co w obliczu nadchodzących mrozów również mogłoby sprawiać mu problem, bo byłoby biedakowi zimno. Nie pozostaje mi nic innego, jak ogrzać go dobrze w piekarniku, nadziewając tym i owym.

Przyznam się wam - boję się. Ptaszysko jest wielkie. Ptaszysko łypie na mnie groźnie z begłowego korpusu.
Jak usłyszycie, że jakaś chałupa się w Hameryce w Dziękczynienie sfajczyła, to będzie nasza, bo w życiu nie piekłam indyka.
Z drugiej strony większości potraw, które teraz przygotowuję z zamkniętymi oczami, jeszcze dwa lata temu nie potrafiłam gotować. Więc chyba damy sobie radę. Na wszelki wypadek kupię dużo mrożonej pizzy, na zastępstwo. Może się rodzina nie zorientuje, że podmieniłam danie główne?

***

Muszę się pochwalić. Pierwszy raz w życiu zgromadziliśmy prezenty świąteczne z odpowiednim wyprzedzeniem. Pierwszy raz w życiu też dostrzegłam zalety kupowania on-line. Nie trzeba przepychać się w sklepach, stać w kilometrowych kolejkach itd. Żadnych znienawidzonych przeze mnie przedświątecznych atrakcji. Weszłam sobie kurturarnie na Amazon, zamówiłam co cza, przyjdzie za tydzień. No i taniej, jak w sklepie, bo bez podatku. Mamy fajne i rozwijające (bo nienawidzę kupowania dziaciakom kolejnej durnej, plastikowej zabawki, jakich mają setki; w dzieciństwie miałam a) misia z oberwanym uchem b) lalę Murzynkę - niemowlaka c) klocki d) układankę - to były wszystkie zabawki, jakimi dysponowałam; nie było internetu a w czarno-białej o zgrozo telewizji były dwa potwornie śnieżące kanały - i wcale nie uważam, że miałam gorzej, niż dzisiejsze dzieciaki zarzucone górą chińskiego chłamu) zabawki dla dzieciaków, małe przyjemności dla dorosłych i zero stania w kolejkach. Zaczynam też powoli bożonarodzeniowe zakupy spożywcze.
Kolejkom w tym roku mówimy stanowcze nie!
A wy macie już świąteczne prezenty czy zostawiacie na ostatnią chwilę? Przyznawać mi się tu!

środa, 16 listopada 2011

Seks, narkotyki, pacierz i pierogi

Co ja zrobiłem, że się ożeniłem podśpiewuje pod nosem Król Kurnika od kilku dni.
Pośpiewuje też jego telefon, kiedy zdarza mi się do niego zadzwonić.

- Najlepszą rzecz pod słońcem, kochanie - zapewniam go po kilka razy dziennie.

Już pan Goebbels mówił, że kłamstwo powtórzone po wielokroć staje się prawdą.

***

W amerykańskiej telewizji ma być od listopada emitowane reality show o typowej polskiej rodzinie.

"Według charakterystyki producenta mężczyzna powinien być głową rodziny i głównym dostarczycielem środków na jej utrzymanie. Może być np. policjantem, lub prowadzić swój własny biznes. Kobieta to przede wszystkim matka siedząca domu i zajmująca się dziećmi. One zaś powinny dostarczyć odpowiedniej ilości kłopotów, żeby miała się czym zajmować. Najlepiej gdyby dziewczyna była nieszczęśliwie zakochana lub spotykająca się z facetami, których raczej powinna unikać. Chłopak może ocierać się o sąd lub klinikę odwykową, może także spotykać się ze starszymi od siebie kobietami, które go utrzymują. Dopełnieniem rodziny powinni być dziadkowie. Najlepiej bardzo religijni, którzy na kłopoty reagują np. odmawianiem pacierza."

Jakbyście nie wiedzieli, jak wygląda typowa polska rodzina na obczyźnie, to właśnie tak. Przynajmniej według Pana Reżysera, który postanowił podzielić się z amerykańskim społeczeństwem swoją bujną wiedzą na temat życia polskich emigrantów. Należy dodać, że ten sam Pan Reżyser wsławił się do tej pory produkcją innego show, zwanego "Jersey Shore", które - krótko rzecz ujmując - znacznie pogorszyło wizerunek emigrantów włoskiego pochodzenia.
Tego nam właśnie tutaj potrzeba - dobrego specjalisty od public relation.

A tak na marginesie, jak tam wasze rodziny? Polskie czy nie polskie? Przyznawać się. Bo nasza to tak sobie polska, przynajmniej według wyżej wymienionych kryteriów. Może my już Amerykańcy, tylko o tym nie wiemy?

Tytuł posta oraz fragment artykułu pozwoliłam sobie bezczelnie skopiować z tego artykułu.

wtorek, 15 listopada 2011

Darmozjady

Kilka dni temu przeczytałam taki oto artykuł:

"Udając niepełnosprawnego, wyłudził łącznie ponad 400 000 funtów. Wpadł na swoim ślubie, gdzie sfilmowano, jak tańczy.
Kiedy Mohamed Bouzalim  przyjechał do Wielkiej Brytanii w 2001, nie miał przy sobie żadnych dokumentów. Podał się za Afgańczyka i powiedział, że jego ojciec został zabity przez talibów. Po tym, jak udzielono mu azylu, zaczął udawać, że jest sparaliżowany od pasa w dół i potrzebuje całodobowej opieki. Na ten cel otrzymywał 66 tys. funtów rocznie.

Życie jak w Madrycie dla Mohameda skończyło się, gdy jego dom odwiedzili funkcjonariusze brytyjskiego urzędu celnego. Podczas przeszukania, trafili na film z jego wesela, na którym widać, jak poruszający się na co dzień na wózku pan młody energicznie wybija hołubce.(...)"

Żródło tutaj.

A potem szłam sobie przez parking tej instytucji, w której wolontaryzuję i patrzyłam, jakimi wypasionymi furami podjeżdżają ci biedni uchodźcy, rzekomo samotne matki dzieciom oraz rzekomo ciężko chorzy, którzy nie mają z czego żyć i potrzebują każdej jednej zapomogi, jakie to państwo jest w stanie udzielić, a nawet więcej, jakby się tylko więcej udało z państwowej kabzy wyciągnąć.

A potem popatrzyłam na te rzęchy, którymi podjeżdżają pracownicy owej instytucji - poobijane, pordzewiałe, z odpadającymi zderzakami, poklejonymi szarą taśmą (którą tutaj naprawia się absolutnie wszystko - począwszy od zderzaków, po okna; jestem pewna, że jakby się dobrze przyjrzeć samolotom, to też pewnie byłyby podklejone duck tape), z przeciekającymi dachami.

I tak sobie pomyślałam, że szkoda, że tutejsi urzędnicy nie sprawdzają tych biednych ludzi, pobierających zasiłki i zapomogi.

Jedna taka siksa dwudziestoletnia, co tam pracuje i jednocześnie jest biednym uchodźcą, w związku z czym pobiera WSZYSTKIE możliwe zapomogi, ma furę za 50 tysi i właśnie się przeprowadziła do nowego domu. Dlaczego żaden urzędnik się do niej nie przejedzie, do cholery?
A naszej znajomej, emerytowanej nauczycielce po poważnym wypadku, z poważną, nieuleczalną chorobą autoimmunologiczną, która ledwo się porusza, co chwila odbierają kilka dolarów zasiłku (bo ona kwalifikuje się tylko na jeden - nie jest uchodźcą ani samotną matką garstki drobiazgu, jest  t y l k o  ciężko chora, choć nie tak ciężko, jak każdy jeden "uchodźca"), bo się jej nie należy. Mieszka w małym, obskurnym mieszkanku, musi przeżyć za dziesięć dolarów dziennie i nawet nie ma co marzyć o posiadaniu jakiegokolwiek samochodu, który ułatwiłby jej choć trochę życie. Nawet o takim za 3 tysie, rozpadajacym się rzęchu może sobie pomarzyć.
Dodam tylko, że znajoma jest wdową z dwiema córkami, którym pomaga jak może a ta gówniara ma bogatego narzeczonego i jeszcze bogatszych rodziców. I co chwila jeździ na wakacje na Bahamy.

Znajoma pielęgniarka często opowiada, jakimi samochodami podjeżdżają u nich na porodówkę kobiety. Fura za 60 tysi a baba, obwieszona złotem, w futrze, która z niej wysiada, jest na public aid (korzysta z bezpłatnej opieki w czasie ciąży, ma bezpłatny poród oraz opiekę po porodzie dla siebie i dziecka przez pół bodajże roku - wszystko na koszt podatnika; pomachajmy frajerom, ofiarnie płacącym podatki na darmozjadów).

Ameryka, kurna.

Wiem, powtarzam się, już kiedyś pisałam o tych zasiłkach, ale niezmiennie mnie to wkurza. Ten kraj jest tak hojny dla rzesz nieuczciwych imigrantów w obawie o posądzenie o rasizm i dyskryminację a często zaniedbuje swoich własnych obywateli. Poprawność polityczna kiedyś nas wszystkich zgubi, mówię wam.

A teraz, żeby nie bylo tak ponuro, coś na rozweselenie.

Tojota rzondzi:-)

poniedziałek, 14 listopada 2011

Omsknęło mi się

Omsknęło mi się, a raczej ostatnie dwa tygodnie jakoś tak mi się omsknęły, że nawet nie zauważyłam, kiedy minęły.

Nie to, że nagle się coś w kurniku zmieniło i moje życie nabrało rozpędu, bo do tego potrzebuję, jak wiadomo, stosownych papierków, a tych urząd - po półtorej roku czekania, dosyłania, monitowania, ciągle jeszcze nie wypluł. Ale co tam, mamy czas, prawda? Nasz prawnik już nawet przestał od nas odbierać telefony. Nie żeby był wcześniej jakiś wyrywny do kontaktu, ale teraz ten kontakt urwał się zupełnie; ale nic to, zemściłam się - posłałam do niego taką jedną Azjatkę, którą spotkałam w tej instytucji, w której wolontaryzuję. Baba jest upierdliwa jak nie wiem a do tego bardzo kiepsko mówi po angielsku - miłej zabawy na pierwszym spotkaniu (bo do drugiego pewnie nie dojdzie), złamasie!

No więc nie, kura ciągle w stanie zawieszenia, tylko że te dwa tygodnie były tak jednostajnie szaro-deszczowe, że je po prostu przespałam. Mój organizm najwyraźniej przygotowuje się do snu zimowego, co nie jest nawet takie złe, bo nie wiem jak u was, ale u nas zapowiadają zimę stulecia z gigantycznymi opadami śniegu (w NY już padało, uwierzycie?).
Podziękujmy pro-ekologicznemu koncernowi BP za ten miły prezent.

Mam strasznie spóźniony refleks. I strasznie tego żałuję, bo najlepsze odzywki przychodzą mi do głowy dużo po czasie. Szkoda, wielka szkoda.
Wczoraj musiałam iść do pobliskiego supermarketu, odebrać w aptece leki (mówiłam już, że uwielbiam tutejszy system opieki zdrowotnej, a nie nawidzę systemu ubezpieczeń? opowiem następnym razem). Niestety, wybrałam sobie nieszczęśliwą godzinę - było już po lunchu i wszyscy wypełzli z domów na cotygodniowe zakupy. Sklep był pełen, w aptece kłębił się dziki tłum. Moje leki były już gotowe, więc cała sprawa powinna zająć nie więcej, jak pięć minut, ale niestety komputer odmówił współpracy i nie chciał przyjąć kodu kreskowego jednego z nich. Panie w aptece były dwie - jedna zajmowała się szczepieniami na grypę, serwowanymi bandzie staruszek, ubranych w różowo - błękitne dresiki w tym niezapomnianym odcieniu dziecięcych śpioszek (deja vu? hmmm), a druga zajmowała się: a) obsługą okienka przyjmującego recepty b) rozdzielaniem piguł (tutaj nie ma gotowych opakowań leków na receptę, kupowania całych paczek, chociaż lekarz nam przepisał tylko pół listka - piguły są rozdzielane w aptece do pojemniczków w ilościach zapisanych przez konowała i koniec) c) wydawaniem i inkasowaniem należności.
Panna piętnasty raz próbowała nabić lek na kasę a ta swoje - nie ma w systemie i nie ma w systemie. Panienka coraz bardziej zdenerwowana, rzucała nerwowe spojrzenia na rosnącą kolejkę, w końcu poprosiła, żebym poczekała chwilę. Ok, czekać mogę, mnie się nie spieszy. Jednak po pół godzinie stania w tłumie ludzi, z których każdy wydzielał inny zapach (i niestety, w większości były to zapachy niemiłe), w upale, z potem spływającym po plecach stwierdziłam, że jeszcze chwila, a zemdleję. Albo narzygam komuś na buty. Musiałam usiąść, po prostu musiałam. Krzesełka były trzy, dwa zajęte przez staruszkim wymalowane jak do cyrku. Środkowe było wolne, ale tylko teoretycznie, bo w praktyce leżały na nich: sterta kolorowych czasopism, którymi sobie umilały oczekiwanie wymalowane smoczyce oraz ich torebusie. Grzecznie poprosiłam, żeby przeniosły fanty, bo ja MUSZĘ usiąść. Jedna ze smoczyc, prezentując święte oburzenie zapytała, czy naprawdę muszę siadać WŁAŚNIE TUTAJ. Ale naprawdę? Nie mogę przysiąść na cokoliku pod ścianą? A na takim małym zydelku dla dzieci, na którym mieści się tylko pupa dwulatka?

Ich oburzenie było tak wielkie, jakbym kopnęła ich ulubionego kotka; oczywiście dały mu wyraz. Głośno. Wydymając usteczka, umalowane szminką w kolorze jadowitej czerwieni pt "Przeleć mnie". Uwierzycie, że tutaj lakiery do paznokci i szminki mają swoje nazwy? I to nie banalne, jak "Czerwony" czy "Lila róż", ale na przykład "I'm Not Really a Waitress", "Vodka & Caviar" albo "Size matters". Ostatnio pyta mnie taka jedna, co to za lakier mam na pazurach. Oczywiście nie miałam pojęcia a ona na to, szczerze zdumiona: "I nawet nie spojrzałaś na nazwę?? Przecież na tej podstawie dobierasz kolor do nastroju i okoliczności". Powiedziała o moim dziwactwie wszystkim koleżankom, które potem przychodziły pytać, jak jakiegoś przygłupa: "Ale ty naprawdę nie znasz nazw swoich lakierów? To skąd wiesz, które jest odpowiedni??" Padłam.
Ale może to dlatego, że to wszystko były żydowskie księżniczki (żeby nie było, nie mam nic przeciwko Żydom, absolutnie, jestem ostatnią osobą, którą można posądzać o uprzedzenia religijne, ale żydowska księżniczka to zupełnie inny gatunek człowieka). 
Ale ja nie o tym chciałam. 

Musiałam.
Usiadłam, ochłonęłam, minęło kolejne 20 minut i w końcu leki były gotowe do odbioru.

Dopiero w domu przyszło mi do głowy, że powinnam była wykazać się większym obyciem i zagaić jakąś rozmowę z tymi miłymi paniami w cyrkowym makijażu, na przykład: "Czy lubią panie Holendrów? Bo ja bardzo. Proszę sobie wyobrazić, że jako pierwszy kraj na świecie zalegalizowali eutanazję. Uważam, że to najfajniejszy prezent, jaki można sprawić rodzinie na święta".

środa, 9 listopada 2011

Co rok prorok

Niejacy Michelle i Jim Duggar od dwudziestu lat z okładem zajmują się płodzeniem dzieci. Właśnie spodziewają się dwudziestego potomka. Cała Ameryka może śledzić, jak sobie radzą w życiu codziennym (i dziękować sobie w duchu, że się nie pokusiło o tak liczną gromadkę) w telewizyjnym szoł "19 Kids and Counting". Ja bym ten program przemianowała na "Co rok prorok, a nawet dwa" (bo dorobili się też bodajże dwóch par bliźniaków).

Imponujące.
A mnie przeraża wizja posiadania jednego. Niedajbuk dwójeczki.

P.S. Wszystkie dziewiętnaścioro dzieci nosi imiona, zaczynające się na literę "J".
Jak im się to nie myli?

P.S.2 I jeszcze a propos potomstwa i Halloween. Jak reagują dzieci, kiedy rodzice zjedzą im wszystkie uzbierane w Halloween słodycze? Niektóre płaczem, niektóre wrzaskami a niektóre... obejrzyjcie do końca - dwa ostatnie maluchy są naprawdę boskie:-)

wtorek, 1 listopada 2011

Halloween Anno Domini 2011

Chciałabym napisać, że dekoracje były ładniejsze, niż rok temu. Ale nie napiszę, bo nie były. A raczej niemal w ogóle ich nie było:-)
Tradycyjnie pojeździliśmy wczoraj po okolicy z Panem i Władcą, szukając najfajniejszych halloweenowych dekoracji, ale jedyne, co widzieliśmy, to wymarłe, puste i ciemne ulice.

Ciemne, bo tutaj, na przedmieściach Miasta Skunksów, nie ma zwyczaju oświetlania całych miasteczek ulicznym oświetleniem. Latarnie są w centrum i koniec - wszystkie boczne uliczki, przy których znajdują się domki jednorodzinne i bloki (choć tych ostatnich nie ma tu zbyt wiele, dominuje jednak jednorodzinna zabudowa, ewentualnie "bliźniaki") są ciemne choć oko wykol. Ani jednej małej latarni, chyba, że ktoś postawi sobie sam przed domem. Dla przyzwyczajonej do rzęsistej iluminacji mieszkanki Polski (oraz przez jakiś czas jeszcze bardziej rzęsiście oświetlonego Egiptu, tam dopiero jest iluminacja!) wygląda to dziwnie, choć trzeba wziąć pod uwagę fakt, że tutaj przecież nikt raczej nie chodzi pieszo, mało kto spaceruje, więc i nie ma potrzeby stawiania latarń co kilka kroków.  

Kryzysu więc ciąg dalszy. Szkoda. Naprawdę szkoda. A najsmutniej mi się zrobiło, jak odkryliśmy, że jeden z najpiękniej udekorowanych rok temu domów, teraz jest wystawiony na sprzedaż. Pojawia się coraz wiecej tabliczek w naszej okolicy z informacją o sprzedaży i - co najsmutniejsze - są to większości domy zabrane przez banki za niespłacone kredyty. Jakiś czas temu czytałam, że tyle ich banki pozabierały, że nie ma jak tego sprzedać. Oczywiście, na rynku działają spekulanci, skupujący takie nieruchomości po śmiesznie niskich cenach z nadzieją na to, że kiedyś rynek się odbije, ale nadal zabranych domów jest dużo więcej, niż nabywców. W tej sytuacji banki często zrównują domy z ziemią, licząc na to, że szybciej sprzedadzą pustą parcelę, niż budynek.

Ale ja nie o tym miałam, tylko o Halloween, moim ulubionym święcie.
No więc dekoracji specjalnie dużo nie było, choć na koniec znaleźliśmy jeden dom, fantastycznie udekorowany. Było tam wszystko - Freddie Kruger, kościotrupy, kostucha z kosą, trupy wychodzące z nagrobków, odcięte głowy i duchy wynurzające się z zarośli. Obrazka dopełniał podkład dźwiękowy oraz dym, który był tak gęsty, że zasnuł całą okolicę, dzięki czemu dekoracja wyglądała jeszcze bardziej nastrojowo. Fan-ta-sty-cznie:-)) Już kocham właścicieli tego domku:-))





Cała dokumentacja fotograficzna znajduje się w galerii zdjęć.

czwartek, 27 października 2011

Romantycznie II

Dzień zaczął się dzisiaj miło. Od herbaty z miodem i cytryną, którą szanowny Król sam osobiście mi przyrządził i pytania o ulubione kwiatki, bo chciał się wybrać do sklepu.

Czy zawsze jestem tak rozpieszczana? Hmmm, jakby to dyplomatycznie wyrazić... - nie zawsze? Zwykle to ja jestem wielofunkcyjnym urzędzieniem domowym, co to jedną ręką mieszka w trzech garnkach na raz, drugą zmywa, trzecią odkurza a czwartą sortuje pranie i do tego podaje zimne piwo (tak tak, tak nisko upadłam; ale skoro już podpisał cyrograf, koniec z tym rozpieszczaniem, można nareszcie być sobą - brać prysznic raz w miesiącu, bekać przy jedzeniu i puszczać głośne bąki:-) aaa i jeszcze zrobię sobie trwałą - takiego pięknego, krótkiego baranka na całym łbie, a co!).
 
Biedak uświadomił sobie, co się dziś stało.
Zostałam dopisana do jego polisy. Na życie.

Może się boi, że doprawię barszczyk cykutą?
Hę?

środa, 26 października 2011

Romantycznie

- Czy wiesz, jak nazywa się mąż, który ma  dosyć swojej żony? - zapytał wczoraj Król Kurnika, kiedyśmy wygrzewali stare kości w słoneczku na parkowej ławce. Poranna wizyta u pani doktor przyniosła zadowalające efekty - żadnego chrzęszczenia w oskrzelach i płucach - znaczy infekcja się nie rozwija a nawet jakby ciut cofa. Pani doktor uznała, że krótki spacer w taką piękną pogodę powinien raczej pomóc, niż zaszkodzić, bo nie wiem jak u was, ale u nas powrót lata - 20 stopni i obłędne słońce. Kocham Hamerykę za tę piękną jesienną pogodę - rok temu też było tak cudnie. 

- Jak? - zapytałam, leniwie mrużąc oczy.

- Żon-kil.

Chyba powinnam być zaniepokojona, jeśli mąż mi mówi takie rzeczy tydzien po ślubie.
Hm.

niedziela, 23 października 2011

A miało być tak pięknie

Miałam pisać o chińskiej dzielnicy, ale od tygodnia jestem zbyt zajęta smarkaniem. Państwo wybaczą.

P.S. Jakby ktoś znał naturalne metody leczenia suchego kaszlu, serdecznie proszę o podzielenie się sekretem, albowiem obecnie żadnych piguł łykać nie mogę a to cholerstwo samo przejść nie chce.

wtorek, 18 października 2011

Nie każdy dostaje rozum od losu

Wiem, że to miały  być amerykańskie apetyty, nie polskie, ale usłyszałam wczoraj w tv coś, co mnie autentycznie wkurzyło - był to najbardziej bezmyślny komentarz dziennikarza, jaki dane mi było kiedykolwiek usłyszeć, a przecież w telewizorze słyszy się różne głupoty. I to wcale nie była jakaś szopka w stylu Tap Madl, tylko program publicystyczny stacji, która ma pretensje do poważnej.

Pokazywano protesty, które - zainicjowane na początku września na Wall Street przez zdesperowanych ludzi - powoli ogarniają świat. Komentarz dotyczył manifestacji w Warszawie. I co ja słyszę zza kadru? Dziarski głos dziennikarki, która stwierdza: "Tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi ludziom protestującym w Warszawie. Przecież to głównie młodzi, których sytuacja jest znacznie lepsza, niż w reszcie Europy - bezrobocie wśród nich sięga bowiem TYLKO 25%."!!!

Szanowna pani dziennikarko - sądząc po głosie, pani również jest młoda. Ciekawe, czy byłaby pani taka zachwycona wspaniałą sytuacją wśród polskich młodych ludzi, gdyby pani dołączyła do grona owych 25% bezrobotych i nie mogła znaleźć pracy. Czy wtedy również zachwycałaby się pani tym, że u nas lepiej, jak gdzie indziej? Hę?

A co znaczy poszukiwanie w Polsce pracy, wiem z własnego doświadczenia - zanim tu wylądowaliśmy, przez dwa lata bezskutecznie szukałam pracy w Polsce. Naiwnie uwierzyłam panu Tuskowi, który w Londynie obiecywał polonii, że on i jego rząd właśnie stwarzają drugi raj na ziemi z pracą dla każdego. I to pracą za godziwe pieniądze.

Wróciłam więc i ja.
Setki wysłanych resume później doszłam do wniosku, że politycy jednak kłamią. Ci z prawa i ci z lewa,i nawet ci ze środka. To patologiczni kłamcy a ich choroba przenosi się drogą kropelkową - wchodząc pierwszy raz do Sejmu zarażają się od kłamczuszków kończących kadencję.

Dwa lata byłam w tych  procentach, co to nie wiadomo, po co protestuje.
Na setki wysłanych listów odpowiedzi można było policzyć na palcach jednej ręki, a jak przyszło do omawiania warunków finansowych, to przewróciłam się ze śmiechu. W pięknym mieście Krakowie za samodzielne stanowisko oferowano 1,600 PLN na rękę. Pan z firmy z bezczelnym uśmiechem (odjechał później takim wypasionym bmw) powiedział, że jest kryzys i w związku z tym on może sobie pozwolić nareszcie na oferowanie niskich pensji. Bo po co płacić przyzwoicie.
Też się zgadzam, po co.

Więc jak słyszę, że bezrobocie to "zaledwie" 25% to mam ochotę komuś przywalić. Albo nogi z tyłka powyrywać.

Tyle wieści z kraju, przechodzimy do wiadomości ze świata.

Republikański kandydat na prezydenta, niejaki Herman Cain, powiedział w sobotę w czasie podróży wyborczej, że jeśli szanowni obywatele wybiorą go na to zaszczytne stanowisko, ochroni tychże obywateli przed zalewem nielegalnych imigrantów z południa.

Po pierwsze postawi na granicy patrole, składające się z prawdziwego wojska, zaopatrzone w broń ostrą i takąż amunicję, które to wojsko będzie miało prikaz strzelania do wszystkiego, co się rusza.

W międzyczasie Pan Cain postawi wzdłuż całej granicy mur, zakończony drutem pod napięciem. Napięcie pieścić będzie woltażem, mogącym zabić słonia, a co dopiero chudego Meksykanina.
Ale żeby nie było, że pan Cain nie ma sumienia, to na murze będą napisy, ostrzegające przed słoniową porcją prundu. Żeby nie było, tak?

Podoba mi się ten pomysł. W końcu dobry Meksykanin - to martwy Meksykanin. Kiedyś już to urocze hasło było tutaj używane, dlaczego nie wrócić do tego, co stare i sprawdzone, nieprawdaż?

Ja chciałam tylko zauważyć i skromnie podwpowiedzieć Panu Kandydatowi Hermanowi, że nielegalni w Hameryce pochodzą nie tylko zza południowej granicy, ale część z nich przylatuje również z Europy. I dlatego mam taki postulat - wszystkim przyjezdym na lotnisku należy wszczepiać samowybuchające czipy - jak nie wyjadą w terminie, czip wybucha, zabija delikwenta i po sprawie. Nie trzeba utrzymywać rzecz agentów imigracyjnych, odciążamy więzienia i sądy. Piękne w swojej prostocie, no nie?

Cały artykuł o Kandydcie Hermanie, moim najnowszym ulubieńcu tutaj. Czytajcie i się bójcie.

P.S. Żeby nie było, to zdaję sobie doskonale sprawę, jak ogromnym problemem jest tutaj migracja z Meksyku. I nie chodzi o rzesze tych, którzy są gotowi podjąć jakąkolwiek pracę za jakiekolwiek pieniądze,  oby tylko utrzymać rodzinę, ale o tłumy takich, którzy pracować nie mają zamiaru ale za to chętni są zawsze do pobierania wszelkiego rodzaju publicznych świadczeń, które ten kraj w swojej dobroci daje nawet osobom bez prawa pobytu.
Ale strzelanie i druty pod napięciem?
Toż tutaj seryjnych morderców traktuje się lepiej.

czwartek, 13 października 2011

Wielka Draka w Chińskiej Dzielnicy

Ktoś jeszcze pamięta ten film? Nie ma to jak stare dobre kino.

A propos Chińczyków z poprzedniego posta, to przypomniało mi się, że niedawno nawiedziliśmy chińską dzielnicę Miasta Skunksów; i to nawet dwukrotnie - raz celem rekonesansu poznawczo-kulinarnego a drugi raz z okazji parady z okazji stulecia Chińskiej Rewolucji. Nie chce mi się już dzisiaj pisać, jutro uzupełnię relację słowną, nieprawdaż. A teraz tylko kilka fotek, których oczywiście narobiłam tryliard pińćset sto dziwińćset.



środa, 12 października 2011

Baba w Czerwonym i Obama Fried Chicken

Jakiś czas temu pisałam, że mili nasi sąsiedzi wykurzyli hinduską rodzinę, wynajmującą tu mieszkanie. Rzekomo za to, że było tam za dużo ludzi w jednym mieszkaniu - czyli rodzice i piątka kilkuletniego drobiazgu.
No to mają za swoje.
Tydzień temu z okładem wprowadzili się kolejni najemcy.

Ha ha ha. Też Hindusi - rodzina z dwoma nastolatkami na stanie stałym.
Stałym, bowiem jest jeszcze stan dochodzący - czyli przyjaciele i kuzyni królika. Nasi nowi sąsiedzi chyba są spokrewnieni ze wszystkimi innymi Hindusami w Mieście Skunksów, bo przyjeżdżają do nich codziennie istne tabuny, blokując i tak niewielki parking, podjazd i rondo przed głównym wejściem. Nowi mieszkają na parterze  z wyjściem na patio, więc goście swobodnie wchodzą i wychodzą, drzwi są zawsze otwarte na oścież a ze środka dochodzi skoczna hinduska muzyka oraz odgłosy boolywoodzkich produkcji.
Do tego jeszcze dochodzą zapachy tradycyjnej kuchni.
Bowiem tak się jakoś nieszczęśliwie składa, że w przeciwieństwie do poprzednich lokatorów, którzy chyba preferowali tutejszą kuchnię, Nowi wolą tradycyjne dania z dużą ilością mocno pachnących przypraw. Cały parter pachnie obecnie jak dobrze przyprawione curry:-)

Ja tam lubię zapach przypraw i nie mam nic przeciwko życiu towarzyskiemu innych, ale ciekawe, co dalej zrobią zarząd i reszta. Obserwujemy z Królem z rozbawieniem i zaciekawieniem rozwój sytuacji i robimy zakłady, za co i kiedy ich zarząd z lokatorami i Babą w Czerwonym Samochodzie (tą, która najbardziej psioczyła poprzednio) wyrzucą. Za namiętność do curry czy nadmierną towarzyskość? A może wymyślą coś bardziej twórczego? Aż się chce chodzić w soboty na te ich kółka wzajemnej adoracji, zwane nie wiedzieć czego spotkaniami mieszkańców.

I jeszcze a propos kółek - na jednym z nich Baba w Czerwonym podniosła kolejny problem - że nasz niewielki budynek nagle zapełnił się dziećmi. Bo kiedyś to było takie spokojne miejsce (takie spokojne, że jak jedna ze starszych lokatorek upadła, rozbiła głowę i nie mogła się podnieść, trzy dni nikt się nie zainteresował, gdzie nagle zniknęła), sami kulturalni starsi ludzie, a teraz te dzieci i dzieci. I coś z tym zrobić.

Taaa.

Proponuję wszystkie kobiety w wieku rozrodczym a) wysterylizować b) wyskrobać a jeśli jakaś rodzina śmie mieć dzieci, trzeba jej mieszkanie komisyjnie odebrać i już. Co się będą bezkarnie rozmnażać, zakłócając spokój.

Czy mam dodawać, że dzieci u nas ani się nie widzi, ani tym bardziej nie słyszy, takie są cichutkie i grzeczne? Dotyczy to zarówno kilkulatków i jak i niemowlaka, który nam się był urodził niedawno, mieszka na tym samym piętrze a którego - choć mieszka przez korytarz od nas - NIGDY nie słyszałam. Nawet jednego małego kwilenia.
Ale zgadzam się - te dzieci to prawdziwa zmora.

Nie wiem jak u Was, ale u nas już weekend:-) Mamy bowiem żydowskie święto Sukkot i oboje z Królem mamy z tej racji wolne:-) Ha!

A żeby nikomu nie było przykro, że możemy się bezkarnie lenić, podczas gdy reszta musi pracować jeszcze dwa dni - coć dla rozrywki. Chińska zemsta za skargę, jaką Amerykanie złożyli do WTO w sprawie chińskich ceł nałożonych na amerykańskich farmerów.
Żeby Amerykanie wiedzieli na przyszłość - na Chiny nie lata się ze skargą! Nu nu nu!:-) 



A skoro jesteśmy już przy temacie litościwie nam panującego...



Właściciel warsztatu w Teksasie wyśmiewa go, oferując Pokojową Nagrodę Nobla za wymianę oleju...

...oraz za zamówienia tacos z krewetkami...

Miłego ekhem ekhem... weekendu wszystkim:-)))

wtorek, 11 października 2011

Kreatywna policja

Jak złapać stu przestępców za jednym zamachem? To, wbrew pozorom, dość proste. Wystarczy wysłać im lewą "ankietę konsumencką", w której nagrodą miałyby być pieniądze oraz sprzęt elektroniczny, wynająć nierzucające się w oczy miejsce (pod żadnym pozorem nie robić tego na komisariacie, oczywiście) i poczekać. I liczyć na to, że nie każdy przestępca jest na tyle bystry, żeby domyślić się podstępu a przy okazji że niektórzy bedą pazerni na tyle, żeby zjawić się w siedzibie firmy ankieterskiej po odbiór nagrody.

Brzmi nierealnie?

Okazuje się, że wcale nie jest to taki idiotyczny pomysł. Przetestowała do policja jednego z powiatów na przedmieściach Wietrznego Miasta. Jak mówi jej szef, wiele listów zostało zignorowanych, lecz niektórzy zainteresowani darmowymi bonami i sprzętem elektronicznym do testów przestępcy zjawili się na miejscu, gdzie zostali aresztowani. Niektórzy przestępcy mieli podobno przeczucie co do całej sprawy:-) Policja cytuje jednego ze schwytanych, który przyznał, że sądził, że może to być zasadzka, ale postanowił zaryzykować chcąc dostać bon na 300 dolarów. Inny przestępca wysłał swojego wujka, który podekscytowany nagrodą wskazał miejsce pobytu krewnego:-))

Wśród aresztowanych znaleźli się winny pobicia i posiadania kradzionego samochodu, aresztowany kilkadziesiąt razy m.in. za przemoc domową i pobicia, aresztowany za posiadanie narkotyków i przemoc domową oraz wielu innych.

Nie wiem, jak wam, ale mi się pomysł bardzo podoba. Mi lajk.Wery lajk:-)

poniedziałek, 10 października 2011

Nie ma to jak rodak

Nikt tak pięknie nie dokopie rodakowi, jak inny rodak.
Serce rośnie, jak się słyszy takie historie.

"(...) Do skandalicznego zachowania doszło kilkanaście minut po otwarciu komisji obwodowej w Konsulacie RP w Chicago. Podczas weryfikacji danych osoby chcącej oddać głos, jeden z członków komisji trzymając paszport w dłoni zapytał "Czy ma Pani ważną wizę turystyczną? Czy jest Pani tutaj legalnie?. Pytania takie padły już do drugiej kolejnej osoby chcącej oddać swój głos.

Dopiero po zdecydowanej interwencji (...) fotoreportera oraz siędzącego przy komisji męża zaufania oddelegowanego przez PiS, członek komisji przyznał, że jego zachowanie jest nieodpowiednie i obracając wszystko w żart przeprosił za swoje zachowanie.(...)"

Cały artykuł tutaj.

Ów praworządny obywatel, który na terenie polskiej placówki dyplomatycznej pytał Polaków o status, to nie kto inny, jak prawnik - Polak - zajmujący się sprawami imigracyjnymi.

Może biduś nie ma klientów i liczył na to, że jakichś tam wyłapie z nagonki?

A Halloween zbliża się wielkimi krokami. Niektórzy hardkorowcy już pierwszego października odpalili świąteczne dekoracje a w sklepach pojawiły się już dekoracje... bożonarodzeniowe. Choinki, ozdóbki, szopki. Widziałam nawet choinkę dla łakomczuchów - całą obwieszoną dekoracjami w kształcie muffinek, donatsów, gofrów, ciastek. Następnym razem zrobię zdjęcie, bo wygląda naprawdę... hm, dziwnie?:-) Jestem bożonarodzeniową tradycjonalistką i święta kojarzą mi się jednak z bombkami w tradycyjnych kształtach i grudniem. Ale wiecie, w Ameryce wszystko jest naj - największe domy, najszersze ulice i nawet najpierwsze Boże Narodzenie:-))))

wtorek, 4 października 2011

Flower Duet

Dzisiaj na miłe dnia rozpoczęcie - Flower Duet Leo Delibes, którą usłyszałam niedawno w jakimś filmie czy serialu.



Król w przypływie dowcipu zapytał mnie niedawno, czy całą swoją mądrość życiową czerpię z seriali.
Tak tak Królu, ale na Twoim miejscu to bym się zastanowiła nad swoją przyszłością, bo do moich ulubionych należy Dexter i Dr. House:-P
Miłego tygodnia:-)

niedziela, 2 października 2011

Czas

W  pewnym wieku czas przestaje biec.
Czas zaczyna zapierdzielać.

Wczoraj rozmawiała z koleżanką z drugiego końca świata. Pytam jak tam narzeczony, czy już po ślubie, jak praca i w ogóle.
Okazało się, że mam mocno nieaktualne dane.
Koleżanka uświadomiła mi bowiem aczkolwiek aliści, że ostatni raz rozmawiałyśmy już niemal rok temu.
A mnie się wydawało, że to minął miesiąc może. No dwa najwyżej.

Zaiste, czas zapierdziela.
Gdzieś mi się zapodział cały jeden rok.



sobota, 1 października 2011

Art Institute

Właściwie nie wiem, dlaczego wcześniej tam nie trafiłam. W końcu pierwsze, co zrobiłam po przyjeździe do Miasta Skunksów, to obleciałam wszystkie muzea. Ale jakoś tak Art Institute kojarzył mi się ze współczesną sztuką - kupą na talerzu, śmieciami na postumencie oraz obrazami, które wyglądają, jakby namalował je trzylatek.
Jestem dyletantką, jeśli chodzi o sztukę współczesną, przyznaję. Ale ja po prostu lubię wiedzieć, na co patrzę. Lubię jak na obrazku jest koń, jeleń na rykowisku, człowiek w kapeluszu albo i bez, a nie kilka kresek i kropek. Uważam się za osobę rozgarnietą, lubię filmy o skomplikowanej fabule i takież książki. Lubię pomyśleć, pozastanawiać się na tym, co właśnie przeczytałam albo obejrzałam.
Ale lubię też wiedzieć, CO WIDZIAŁAM. Bo jak nie wiem, to o czym mam myślec?
Logiczne, nieprawdaż?

Kiedyś miałam takiego absztyfikanta. Absztyfikant był malarzem sztuki współczesnej (holenderskim, żeby było śmiszniej, bo Holendrzy już zawsze będą mi się kojarzyć z wykonawcami nieszczęsnej piosenki o skuterze:-)) I tenże amant kiedyś mi powiedział, że jestem prostaczką, bo jak mi pokazał jeden ze swoich obrazów, to nie wiedziałam, gdzie góra, gdzie dół.
Na obraz składało się fioletowe tło. Na tymże tle były trzy różowe kropki. W prawym górnym rogu. Nie wiem dlaczego właściwie nie mógł to być róg dolny lewy, a prostaczką zostałam nazwana po tym, jak go powiesiłam do góry nogami i nie zrozumiałam przesłania. Nic a nic.

No więc właśnie dlatego, po tych niemiłych doświadczeniach z trzema różowymi kropkami, wolałam omijać Muzeum Sztuki.

Ale wiecie co - ja naprawdę jestem jakaś nie tego. Do głowy mi nie przyszło, że w takim muzeum będą i posążki, broń i monety, maski i ubiory, sztuka użytkowa i nawet Manet z Monetem za pan brat.
No gupia jakaś.

Spędziłam w muzeum cały dzień, z moją Ulubioną Koleżanką, Która Zawsze się Gubi. Nie mam zbyt wielu zdjęć, bo nie chciałam jej kazać na siebie czekać, ale już mam plan, żeby wybrać się do muzeum sama, w towarzystwie statywu, na cały długi dzień. Albo i dwa.I wtedy to dopiero sie zdjęciami pochwalę, że hoho:-)) A na razie te kilka które wczoraj zdążyłam w przelocie trzasnąć.







Acha. Z kronikarskiego obowiązku muszę donieść, że odkochałam się w Holendrach a zakochałam w Pepiczkach:-))

piątek, 30 września 2011

Chicago Art Institute

Niniejszym ogłaszam, że konkurs na Moje Najulubieniejsze Miejsce w Wietrznym Mieście został rozstrzygnięty. Zostało nim, wygrywając bezkonkurencyjnie, Chicago Art Institute.
No bo jak nie kochać miejsca, w którym wystawiają takie cudeńka...



...i dużo, dużo innych. Tak dużo, że zabrakło nam dnia na obejrzenie wszystkiego. Jutro fotorelacja a dzisiaj idem spać, bom zmęczona jak pies. Dziesięść godzin na nogach, bez przerwy w ruchu.

A na weekend - "Patologiczna piosenka o skuterze":-)) Holendrów też lubię:-)))))


Dobranoc Państwu:-)

środa, 28 września 2011

Bo w Ameryce pieniądze leżą na ziemi

Przez placówkę non-profit, w której się w ramach wolontariatu ostatnio udzielam, przewijają się cudzoziemcy z różnych stron świata. Towarzystwo barwne i kolorowe, różne wiekiem i poglądami, ale wszyscy przyjechali tu z tą samą nadzieją - że ten kraj zapewni im dostatnie życie, którego ich ojczyzny nie były w stanie.
Zapewnianie dostatniego życia różni ludzie pojmują na różne sposoby.

Jedni są gotowi podjąć się najgorszych prac za najniższe stawki, bo to i tak jest dużo więcej, niż mieli w swoim kraju, bo nawet owe najniższe stawki są w stanie zapewnić im standard życia, o jakim przedtem mogli tylko pomarzyć. Pracują więc ciężko, mieszkają biednie, ale mają co włożyć do garnka, trochę pieniędzy na drobne przyjemności i w miarę ustabilizowane, spokojne życie.

Inni chcą się uczyć, podnosić kwalifikacje i wspinać po drabinie społecznej, któregoś dnia do czegoś dojść - czy to własnej firmy, pozycji dyrektora, wypasionej fury, wielkiej chaty czy po prostu spokojnego życia i powiedzieć z dumą - wykorzystałem najlepiej jak było można szansę, którą tu dostałem.

Inni z kolei uważają, że skoro amerykański system świadczeń socjalnych jest tak rozbudowany i tak hojną ręką rozdaje dary w postaci najróżniejszych zapomóg, to dlaczego z niego nie skorzystać. Więc zaczynają fikcyjnie chorować, fikcyjnie się rozwodzić, miewać fikcyjne wypadki i inne stłuczki.
Chyba nie muszę wspominać, że ta ostatnia grupa nie zamierza ani pracować, ani się uczyć, uważając, że skoro głupi Amerykanie dają kasę za nic, to trzeba brać.

Tak. Są oni i jest jeszcze Zdravko, który jest kategorią sam w sobie.
Zdravko pochodzi z Bałkanów. Do Ameryki przywiał go wiatr kryzysu, problemy ze znalezieniem pracy (dwa lata na bezrobociu) oraz kryzys tożsamości.
Zdravko bowiem jeszcze w latach 90 skończył dwa fakultety.
Zdravko słuchał swoich polityków, którzy mówili - uczcie sie, zdobywajcie dyplomy, a my wam zapewnimy dobrą pracę, godną pensję i wakacje nad Adriatykiem. Zdravko miał ambicje bycia derektorem albo inszym prezesem, w końcu nie po to kończył dwa fakultety, żeby być na dole drabiny społecznej, no nie?
Niestety, potem pieprznęła się sprawa z Lehman Brothers i szlag wszystko trafił a Zdravko z dnia na dzień został bez roboty, za to z kredytem za mieszkanie do spłacenia. Do wyboru miał iść nosić cegły na budowie albo ruszać w świat za marzeniami, Zdravko więc wybrał tę drugą opcję. Przyjechał do Ameryki.

Niestety, Ameryka nie powitała go z otwartymi ramionami. Takich z dwoma dyplomami w popularnych dziedzinach to oni mieli już na pęczki i zamiast derektorowania wszystko, co byli w stanie zaoferować, to słabo płatną pracę na najniższej pozycji.

Zdravko się żachnął - nie po to kończył dwa fakultety, żeby być za wyrobnika. Nie po to ciężko się uczył, żeby teraz pracować fizycznie. I chociaż w końcu podjął się owej pracy, to jednak robił wszystko, żeby przypadkiem nie skalać białych, wypielęgnowanych rączek. Trzeba popracować rękami a nie głową - ojojoj Zdravko ma grypę. Trzeba trochę się spocić - olaboga, zwichnął nogę. Należy coś przenieść z jednego miejsca na drugie - jejku jejku, głowa go tak okropnie boli. Należy coś podnieść, potrzymać, pozamiatać - natychmiast znika, wsiąka, przepada.
W końcu miał być derektorem, no nie?

Zdravko robi wszystko, żeby wymigać się od pracy, co nie przeszkadza mu narzekać, że nie ma za co żyć. Zdravko mógłby podjąć się innej pracy, ale nic mu nie odpowiada - dostawa paczek w UPS nie, bo niektóre są takie ciężkie i trzeba nosić. Dostawa pizzy nie, bo to wstyd - facet w jego wieku (I Z DWOMA FAKULTETAMI!) dostarczjący pizzę. Na budowie nie - wiadomo dlaczego. Nie, nie, i jeszcze raz nie.

Ale ostatnio w zdravkowskim świecie coś się ruszyło - zdał egzamin i będzie kierowcą limuzyny w prywatnej firmie, wożącej biznesmenów.
Co go skłoniło do podjęcia akurat tej pracy?
- A bo wiesz - tłumaczy - taki kierowca limuzyny to ma lekką pracę. Nie nosi zwykle bagaży (jak taksówkarze). Nie musi siedzieć cały dzień w samochodzie, tylko sobie kurturarnie, jak człowiek, leży w domu przed telewizorem, ogląda mecz a jak jest robota to dzwonią z firmy. Człowiek jedzie, robi swoje i wraca do domu na tę kanapę. Potem znowu jedzie, jak jest robota i znowu ma czas na drzemkę. Na kanapie. Do tego dają eleganckie auto i ładny uniform.
A do tego jeszcze za to leżenie na kanapie bardzo dobrze płacą. Wręcz rewelacyjnie. Więc Zdravko nareszcie może poczuć się jak prezes, nic nie robić - również jak prezes a pensja również niemal prezesowska.
No pieniądze leżą na ziemi i Zdravko je właśnie podniesie. Nie schodząc z kanapy, rzecz jasna.

wtorek, 27 września 2011

Gruszki na wierzbie i przysmak teściowej

Żyjem. Tylko jakoś nie było mi ani do śmiechu, ani do pisania ani nic, chociaż nie jest tak źle, jak nam się na początku wydawało - w piśmie z wiadomego urzędu w ostatniej linijce małym druczkiem stoi, że można się odwoływać od decyzji, odwołujemy się więc i czekamy na efekty.
A raczej będziemy się odwoływać, jak się nasz prawnik obudzi.

Właściwie nie mam powodu, żeby narzekać na naszego prawnika.

Co z tego, że ZAWSZE musimy czekać na spotkanie - czasami pół godziny, czasami i trzy. Przecież jak wiadomo, szczęśliwi czasu nie liczą a pracodawca Króla z największą rozkoszą co chwila daje mu wolny dzień na siedzenie w poczekalni.

Co z tego, że czasami W OGÓLE nie stawia się na spotkania. 

Co z tego, że nasz prawnik NIGDY nie jest przygotowany do spotkania, choć umawiamy się z dużym wyprzedzeniem.

Co z tego, że jak jedziemy podpisać dokumenty, to NIGDY nie są gotowe. Więc musimy jechać jeszcze raz, tracąc pół dnia na przebicie się do centrum i z powrotem (oraz oczekiwanie, nie ma że boli).

Co z tego, że naszego prawnika RZADKO udaje się złapać pod telefonem i NIGDY nie oddzwania.

Co z tego, że NIEMAL NIGDY nie odpowiada na maile.

Co z tego, że musieliśmy zapłacić dwukrotnie wiadomemu urzędowi, bo nasz prawnik w ciągu miesiąca nie miał czasu sprawdzić, pod który adres należy posłać dokumenty i na wszelki wypadek, żeby sprawa nie przepadła, posłaliśmy na dwa - dwukrotnie płacąc. W końcu $1.200 to żaden pieniądz, no nie?


Co z tego, że ZAWSZE wysyła dokumenty do wiadomych urzędów w ostatnim momencie, ostatniego dnia przed upłynięciem terminu, do tego wieczorną pocztą.

Co z tego.

Przecież mogliśmy trafić TAK. Pani Małgorzata F. podawała się za prawnika, choć nim nie była. Jej biuro nigdy nie było zarejestrowane jako kancelaria prawna, choć tak się reklamowała. Pani Małgorzata pobierała - jako rzekomy prawnik - pieniądze za reprezentowanie interesów ludzi przed urzędem imigracyjnym. Wszystkie złożone przez nią wnioski przez ów urząd zostały odrzucone. Pieniędzy nigdy nie zwróciła. Lista osób przez nią oszukanych (i to ta oficjalna, wiele osób wolało się nie wychylać i siedzieć cicho) ma długość książki telefonicznej Miasta Stołecznego Warszawy.

Znam ludzi, którzy stracili tysiące, płacąc tej sympatycznej pani.
Pamiętam sprzed kilku lat historię takiego samego prawnika z NYC, który naciągnął moją rodzinę - dali mu oszczędności życia, za które teraz smaży się na Florydzie (znalazł wielu takich naiwnych, żeby nie było, że biedę klepie). Jego niestety nikt nigdy nie oskarżył, może więc popijać drinki z palemką i cieszyć się wolnością, jak wielu innych w tym kraju - rodaków żerujących na niewiedzy, braku znajomości realiów i braku obrotności oraz naiwnej wierze w uczciowość innych (no bo przecież to też Polak! swoich nie oszuka!) swoich krajan.
Na zdrowie!
Żeby wam w gardle te cholerne drinki stanęły!

Wychodzi więc na to, że nie trafiliśmy źle. I chociaż, kurwunia, szlag mnie trafia i krew zalewa, jak muszę się kontaktować z naszym prawnikiem oraz jestem chora na żołądku, to jednak trzymam się go, bo czego jak czego, ale gruszek na wierzbie nie obiecuje.

Trzeba się nauczyć cieszyć małymi rzeczami, no nie?:-)

A oto kwiatki, znalezione na necie - żeby nie było, że jestem jakaś skrzywiona i nie wychodzę do ludzi z uśmiechem.
Na początek moja nowa Idolka - Pani Basia. Znacie Panią Basię? Ja nie znałam. Pan i Władca mnie ostatnio zaznajomił i od tej pory nie ma dnia, żebym nie pooglądała mojej nowej Idolki. Uwielbiam Panią Basię:-)


A teraz z innej beczki - dla wszystkich lubiących gotować - dwie nowe na rynku przyprawy. Kupcie koniecznie:-)

...i nieuczciwych prawników


Miłej reszty tygodnia i dobranoc państwu:-)