sobota, 15 grudnia 2012

To nie leń

To nie leń. To skrajne zmęczenie. Nie mam siły czytać, oglądać a nawet gadać mi się nie chce. Wczoraj przyszła z wizytą kuzynka Króla i podczas gdy zwykle nie możemy się nagadać, bezsilnie zaległam na kanapie, włączając dwa filmy pod rząd. Długie godziny spędzane w Kołchozie i stres dają mi się mocno we znaki.


Za to Król nadrabia za nas dwoje. Nie ukrywam, że jestem ogromną fanką jego pisania i od dawna go namawiam, żeby przymierzył się do napisania książki. Mam nadzieję, że w końcu się ośmieli, bo zadatki na pisarza ma.
Król powie, że nie powinnam się wypowiadać, bo nie jestem obiektywna, ale akurat w kwestii pisania Króla obiektywna jestem. Oraz krytyczna, bo ja mam bardzo poważny stosunek do słowa pisanego. Dlatego z całego serca zapraszam na nowy blog Króla Kurnika What Where When and Why.

niedziela, 25 listopada 2012

Wyróżnienia



Byliśmy w niedzielę na Bondzie. Tak, wiem, jesteśmy mocno opóźnieni, ale widziałam te dzikie tłumy w kinach zaraz po premierze i chcieliśmy odczekać, aż szaleństwo przeminie. Poszliśmy więc w niedzielę w samo południe i bingo - sala na wpół pusta, dokładnie tak jak lubimy:-)

Byłam ostatnio na kilku filmach w ramach polskiego festiwalu filmowego i z przykrością muszę stwierdzić dużą różnicę w zachowaniu polskiej i amerykańskiej publiczności. Na seansach lokalnych nie dzwonią telefony. Nikt nie przeszkadza innym, odpalając w trakcie seansu swój telefon i smsując (ach te nowe smartfony z wyświetlaczami wielkimi  jak w komputerach). Oczywiście, bywa głośno, szczególnie jeśli przychodzą dzieciaki, ale że nie chodzimy na żadne popularne kinówki, to ryzyko spotkania rozpasanej młodzieży jest właściwie znikome. 

Niestety, nie można tego powiedzieć o seansach polskich filmów. Na jednym z nich jakiś gostek dwa rzędy przed nami przez cały seans smsował. Od zgaszenia do zapalenia świateł nie odłożył telefonu, oślepiając mnie jasnym blaskiem ogromnego wyświetlacza. Siedział tak, że nie miałam innego sposobu na uniknięcie oślepienia, jak przytulanie się do sąsiadki, którą była zupełnie obca kobieta. Kobieta owa od połowy filmu aż do samego końca też odpalała swój telefon i co chwila sprawdzała pocztę głosową. Świeciło i słychać było komunikaty z telefonu. Z przodu jakieś wyjątkowo głośne towarzystwo zabawiało nie tylko siebie ale i całą resztę publiczności.
Nosz kurna.

Człowieku! Jeśli musisz odpalić telefon w kinie, to zatroszcz się o to, żeby nikogo nie oślepiał. A żeby sprawdzić pocztę, wyjdź z sali. Jeśli film cię nie interesuje, też wyjdź z sali.  Po co przychodzić do kina, jeśli nie jesteś zainteresowany filmem? 
Król od zawsze powtarzał, że nie chodzi na polskie filmy, bo tam są - o zgrozo - Polacy!!! ale nie wiedziałam, o co mu chodzi a po drugie pomyślałam, że festiwal filmowy to kino trochę ambitniejsze niż komedie z Szycem, więc może i publika będzie bardziej kurturna.
A gdzie tam. 

A Skyfall bardzo mi się podobało, w przeciwieństwie do kilku ostatnich części. Świetne ujęcia z Szanghaju a walka w wieżowcu - majstersztyk. Czarne sylwetki walczące na tle rozblasków z billboardu naprzeciwko przypominała mi stare kryminały. I już nawet złego słowa nie powiem o Danielu Craigu, którego kiedyś nie lubiłam. Nie powiem, bo muszę przyznać, że jest o niebo lepszy od cacanego budyniu z soczkiem Brosnana. Ale od niego to już nawet Szyc jako Bond byłby lepszy:-)


A teraz z zupełnie innej beczki. 
Dostałam ostatnio dwa miłe wyróżnienia - od Calimery, którą serdecznie przepraszam, że tak długo zajęło mi odpowiedzenie na pytania i od Urszuli z bloga W drodze. Lubię wszelkie zabawy, więc chętnie się przyłączam i do tych:-)

Zaczynamy zabawę od pytań Calimery.

1. Zima czy lato?   LATO

2. Wyjazd w góry czy nad morze?  GÓRY

3. Matematyka czy polski?  POLSKI

4. Wymarzony dom w mieście czy na wsi?  NA WSI

5. Ulubiony kolor?  NIEBIESKI

6. Kot czy pies?  PIES

7. Kierunek wymarzonych wakacji?  KAMBODŻA, WIETNAM, LAOS

8. Laptop czy tablet?  LAPTOP

9. Srebro czy złoto?  SREBRO

10. Co w pisaniu bloga sprawia Ci największą radość?  KONTAKT Z NOWYMI LUDŹMI, KTÓRYCH BEZ BLOGA NIGDY BYM NIE POZNAŁA

11. Znak zodiaku?  STRZELEC


Pytania Urszuli:


1. Czy potrafiłabyś/potrafiłbyś rozstać się ze swoim blogiem?   PEWNIE TAK
2. Podróż - spełnienie marzeń (miejsce)?  WYSPY POLINEZJI
3. Książka, którą chciałabym/chciałbym przeczytać?   WSZYSTKIE KSIĄŻKI NORMANA DAVISA
4. Sposób na chandrę?   BIAŁE WINO
5. Bezludna wyspa czy Nowy York?   WYSPA, ZDECYDOWANIE
6. Film, który zrobił na Tobie największe wrażenie?   PLAC ZBAWICIELA
7. Czego nie umiesz, a chciałabyś/ chciałbyś się nauczyć?   GRAĆ NA SAKSOFONIE
8. Niezrealizowane marzenie?  NAJWIĘKSZE MARZENIE JUŻ ZREALIZOWAŁAM, BYŁAM NA NOWEJ ZELANDII. NA SPEŁNIENIE DRUGIEGO WŁAŚNIE CZEKAM:-)
9. Trzy życzenia do złotej rybki?
    - ŻEBY ZAWSZE BUDZIĆ SIĘ OBOK KRÓLA
    - WŁASNY PENSJONAT NA NOWEJ ZELANDII (NAJCHĘTNIEJ GDZIEŚ W   
      CIEPŁYCH OKOLICACH AUCKLAND, BO NIE POTRAFIĘ FUNKCJONOWAĆ 
      BEZ SŁOŃCA) 
    - WYSTARCZAJĄCO DUŻO GOŚCI W PENSJONACIE, ŻEBY STAĆ NAS BYŁO 
      NA WYPRAWY TAM, GDZIE NAM SIĘ ZAMARZY
10. Jaka osoba, bohater literacki, filmowy imponuje Ci najbardziej? AYAAN HIRSI ALI, CZYLI HISTORIA O ODWADZE W GŁOSZENIU SWOICH PRZEKONAŃ
11. Jedna z Twoich słabości?  LODY

Nie będę typowała żadnych autorów blogów i prosiła o odpowiedzi na kolejne pytania, bo musiałabym wypisać całą długaśną listę z moich bocznych zakładek - i to z blogów o tematyce ogólnej, jak i kulinarnych inspiracji. Dlatego czujcie się wszyscy wyróżnieni i każdy, kto chce, niech odpowie na pytania zadane przez Ulę i Calimerę. Bawcie się dobrze!:-)

Art Museum, Milwaukee

Wczoraj mła zażyczła sobie w ramach urodzinowego prezentu wyjazd do Muzeum Sztuki do Milwaukee. Milłkoki są zaledwie 150 km od nas, czyli jakieś półtorej godziny jazdy. Niedaleko. Kocham amerykańskie autostrady.
Muzeum nie jest duże, kolekcja jest na pewno mniej imponująca jak w moich ukochanym Art Institute w Chicago, ale sam budynek, zaprojektowany przez hiszpańskiego architekta Santiago Calatrava, jest przepiękny i chociażby dla niego warto tu przyjechać. 




"Skrzydła" ponad muzeum mają wbudowany sensor, nieustannie sprawdzający kierunek i prędkość wiatru. Jeśli tylko przekroczy ona 23 mph na dłużej, niż 3 sekundy, skrzydła zamykają się. Operacja zamknięcia skrzydeł trwa zaledwie 3,5 minuty.
Nie mamy, niestety, zdjęć budynku z boku, bo było przeraźliwie zimno i wiało od jeziora i na spacer poza ciepłe wnętrze muzeum żadna siła by nas wyciągnęła, ale włala, tutaj znajdują się piękne ujęcia całej konstrukcji.

Główny hall muzeum wygląda jak katedra.

Sufit nad głównym holem

Fragment sufitu

Fragment holu głównego, z pięknym panoramicznym widokiem na deptak i jezioro Michigan. 

 Muzeum oferuje również możliwość organizacji w swoich budynkach najróżniejszych prywatnych imprez. Kiedy wczoraj wychodziliśmy, właśnie szykowano wesele. Chyba nie ma piękniejszego miejsca na powiedzenie sobie "tak", niż tak piękne wnętrze z takim wspaniałym widokiem w tle. Aż pożałowałam, że jesteśmy z Królem po ślubie:-)

Wejście do jednego z korytarzy, widok z holu głównego.

Korytarz - w środku.


Korytarz - widok w środku.

Przyznam się, że kolekcja, zgromadzona w tym muzeum, nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak sama architektura:-) A kolekcja to przede wszystkim obrazy (wczoraj na gościnnych występach był jeden Rembrandt, trochę obrazów Van Dyck i Gainsborough), trochę sztuki użytkowej oraz niewielkie zbiory sztuki ludowej z Haiti, Azji i Afryki.

Jak zwykle w takich miejscach sztuka współczesna wprawiła mnie w osłupienie. Było kilka obrazów, które kazały mi się zastanowić nad tym, czy współcześni artyści mają jakikolwiek talent do malowania, czy tylko każde dziwactwo potrafią ubrać w odpowiednią ideologię, którą kupuje zmanierowany tłum. Przepraszam znawców i miłośników sztuki współczesnej, ale zawsze mam takie wrażenie i nic na to nie mogę poradzić.
Jedno takie "dzieło" wprawiło mnie w prawdziwe zdumienie nad motywami, które kierowały władzami muzeum przy wyborze go na wystawę - na ścianie wisiały obok siebie trzy duże płótna, stanowiące jedno dzieło - jedno było niebieskie, drugie żółte, trzecie czerwone. W całości pomalowane jednolitym kolorem. Notatka obok informowała, że autor zmierzał do minimalizmu w swojej pracy oraz do usunięcia z niej wszelkich cech indywidualnych jego, jako malarza.
No cóż, na pewno udało mu się osiągnąć cel. Myślę również, że gdybyśmy z Najlepszą z Kuzynek, która się z nami wybrała, i z Królem we trójkę siedli i machnęli takie obrazy i powiesili je obok, nikt by się nawet nie zorientował, że my żadne artysty:-)
No wiem, co ja się tam znam:-)

Eksponatów specjalnie nie fotografowaliśmy, bo było to głównie malarstwo. Ale kilka załapało się na focie:






Zdjęć z miasta niestety nie mam ale a) kiedy wyszliśmy, robiło się już ciemno  b) było przeraźliwie zimno. Zrobiliśmy sobie tylko rundkę samochodem po śródmieściu i bardzo nam się spodobało. Przypomina trochę stolicę Nowej Zelandii, Wellington. Jest niezbyt duże, bez tego wielkomiejskiego rozmachu Chicago (nie wspominając już o Nowym Jorku) i ma piękną architekturę. Zrobiło na mnie wrażenie wręcz przytulnego:-) Wybierzemy się tam na pewno na spacer na wiosnę, jak tylko zrobi się ciepło.