piątek, 25 czerwca 2010

Brookfield ZOO raz jeszcze

Kiedy zobaczyłam rozkrzyczany tłum przy wejściu, byłam lekko przerażona - o rany, spacerować w takiej bandzie rozwrzeszczanych ludzi... średnia przyjemność. Ale zaraz za bramą tłum powoli rozpełzł się na boki, rodzice pokłusowali z pociechami do parku dziecięcego, gdzie można głaskać kozy, krowy i inne jakże egzotyczne zwierzęta (córeczka znajomych na pytanie - skąd się bierze mleko, odparła rezolutnie - ze sklepu; instytucja krowy jest jej absolutnie obca, więc dla małych mieszczuchów jest to niewątpliwie atrakcja:-) ), do pawilonu, gdzie to samo można robić z ciut bardziej niebezpiecznymi zwierzętami, czyli płaszczkami, no i oczywiście zajmować miejsca w pawilonie z delfinami na najbliższy pokaz.
Pokaz rzeczywiście wart uwagi a kiedy mówi się, że tylko na Florydzie mają ciekawszy, to ja wierzę, że jest to prawda. Delfiny wyczyniały najróżniejsze sztuczki, zresztą zobaczcie sami na filmie i zdjęciach. Widział ktoś kiedyś latające delfiny?:-)

Zwiedzanie ZOO jest bardzo łatwe, a to ze względu na mapki, rozdawane w punkcie informacyjnym przy wejściu, a to ze względu na podział terenu na kontynenty - tu mamy zwierzęta afrykańskie, tu australijskie a  tutaj miejscowe (kiedy w miejscowych zobaczyłam okazałego kuguara, zaczęłam zastanawiać się, czy moje samotne wyprawy do parku są bezpieczne? wyglądał... brrr, i coś takiego spaceruje po spokojnym Illinois???). Do tego pięknie zaaranżowane pawilony - a to z kuzynkami naczelnymi, a to z ptaszkami czy innymi gadami - jest i zieleń, są odgłosy natury, w małpiarni padał nawet rzęsisty deszcz, jak przystało na porę mokrą w strefie równikowej. Ptaszarnią byłam odrobinę zawiedziona - gdzie te skrzeczące papugi o upierzeniu mieniącym się wszystkimi barwami tęczy? No gdzie? Niestety, tylko dwie czuliły się do siebie w otwartym pawilonie, jedząc sobie nawzajem z dziubków i czyszcząc skrzydełka. Oczywiście, były i inne ptaszki, w tym piękny tukan, ale... papugi zawsze mnie fascynowały, a tu taki zawód.

Zawiedziona również byłam wybiegiem dla słoni. Zaaranżowany pięknie, z ogromnym baobabem na środku, ale po co ten potężny płot? Nie dało się inaczej zabezpieczyć wybiegu? Na pewno by się dało. A tak fotografowie amatorzy (to my! my! my!) musieli odłożyć swoje nikony i inne kanony, bo nie dało się robić zdjęć. A szkoda.

I jeszcze jedna fajna rzecz - ścieżki tematyczne. Trafiliśmy na jedną, obok wybiegu dla żyraf (nie wiem, czy było więcej, pewnie je ominęliśmy, zagapieni akurat na coś innego) - afrykańską dżunglę ze sprytnie ukrytymi w środku wybiegami dla zwierząt, szałasami tubylców (bez tubylców, rzecz jasna:-) ) i odgłosami afrykańskiej przyrody. Fajowe.

W ogóle bardzo mi się to Brookfield podobało. Chociaż warszawskie Zoo, które swego czasu maniakalnie wręcz odwiedzałam, nie ma  się czego wstydzić jeśli chodzi o ilość zwierząt, to jednak Brookfield na pewno imponuje pomysłowością, jeśli chodzi o zaaranżowanie terenu i... zarabianie pieniędzy:-) W życiu nie widziałam tylu pawilonów z pamiątkami w jednym miejscu, tylu różowych słoni, zielonych małp i niebieskich krokodyli. Oczopląs:-) Ale pewnie dzięki zyskom z tych sklepów są pieniądze na ciągłe powiększanie oferty ZOO - między innymi o brunatne niedźwiedzie, które od maja można tu oglądać (a których nie zobaczyliśmy, pewnie się biedaczki schowały przed upałem).

Jeśli się kiedyś do Brookfield wybierzecie, pamiętajcie, że to wycieczka na cały dzień i że warto przyjechać wcześnie rano, kiedy tylko ZOO otwiera swoje podwoje. Wtedy jest najspokojniej, najciszej i najprzyjemniej się zwiedza.
Howgh, powiedziałam:-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz