niedziela, 9 września 2012

Zdziadzienia i zawstydzenia

Tydzień temu razem z Królem zdziadzialiśmy.

Stało się to za sprawą jego o dwa lata starszej ciotecznej bratanicy, która była powiła chłopczyka. Z koligacyj rodzinnych wynika więc, że zostaliśmy ciotecznymi dziadkami.
Uważam to za osobisty afront, którego rzeczonej matce rzeczonego niemowlaka nigdy nie wybaczę. Jestem za młoda na bycie babcią, nawet jako dziesiąta woda po kisielu!
To nie fair!!!


Poza tym, również tydzień temu, zostaliśmy z Królem zawstydzeni.

Zawstydził nas sześćdziesięcioletni cioteczny szwagier Króla, który wyciągną nas na niewielką wspinaczkę, zachęcając gorąco:
- Ta góra wcale nie jest taka wysoka, jak się wydaje. I nawet w połowie nie jest tak stroma, jak widać. I wcale nie ma tylu głazów do pokonania, jak mówią niektórzy. To tylko złudzenie. Ta góra to Pan Pikuś gór i zdobędziemy ją w kilka minut.

Tośmy dali się namówić.

Najpierw szliśmy wzdłuż jeziora, co było całkiem przyjemne, bowiem wiała chłodna bryza, ścieżka - zgodnie z obietnicą szwagra - nie była stroma i wcale nie było na niej kamieni. Były za to piękne widoki i dużo czerwonych, ociekających potem ludzi, idących w przeciwną stronę, co wydawało nam się dziwne, bo przecież od jeziora ta bryza i w ogóle, żadnych stromizn ani nic.

Ale może po prostu ci ludzie mieli kiepską kondycję i nawet taki spacer wzdłuż jeziora był dla nich sporym wysiłkiem. Nie to co dla nas, zaprawionych wędrowców o kondycji U.S. marines. Tak sobie myśleliśmy.

A potem doszliśmy do podnóża góry. Zachwyciliśmy się widokiem. Zachwyciliśmy się lasem. Przyroda jest taka piękna. Cieszyliśmy się z tego, że daliśmy się namówić na wyprawę w takie piękne miejsce.

No a potem weszliśmy w las. Ścieżynka pięła się łagodnie do góry i chociaż zrobiło się ciut duszno, bo bryza znad jeziora już nie docierała, jednak rekompensowały nam to piękny las i słońce, które akurat wyszło zza obłoczków i łagodnie przygrzewało nam w karki.

Następne ścieżynka zaczęła piąc się ciut bardziej stromo i pojawiły się pierwsze kamienie, co nawet było zabawne, bo urozmaicało nam spacer - trzeba było przeskakiwać z jednego głazu na drugi, wspinać się po nich i uważać na osuwiska. Czysta przyjemność dla takich zaprawionych wedrowców, jak my.

Potem jednak słońce przesuneło się ciut wyżej, bo to już było prawie południe i zrobiło się bardzo gorąco, wręcz duszno i jakby bardziej wilgotno ale kto by zwracał na to uwagę. Byliśmy w końcu zaprawionymi w boju turystami no i koncentrowaliśmy się na wspinaniu po kamieniach w górę, co nie było takie proste, bo było ich więcej, bardziej się piętrzyły i doszły do tego zwalone drzewa, gałęzie, które złośliwe upadły na ścieżkę i zagradzały drogę.

Ale co to dla nas, prawda? Kamienie to sama atrakcja, wspinaczka to przyjemność a tych trochę utrudnień tylko czyniło wędrówkę bardziej atrakcyjną.

No a potem to już zrobiło się upiornie gorąco, ta cholerna ścieżka zrobiła się upiornie stroma, głazów było coraz więcej, jak również gałęzi, drzew i słońca, które paliło niemiłosiernie. I po co wyłaziło zza tych chmur, no po co?

Po godzinie upiornej męki w dusznym lesie pod rozpalonym słońcem, męki skakania po kamieniach, wspinania się po niemal pionowej ścianie, w końcu dotarliśmy na górę. Umordowani, ociekający potem, czerwoni z wysiłku i dyszący jak lokomotywy.

I wtedy zostaliśmy sromotnie zawstydzeni.

Na górze bowiem czekał już na nas cioteczny szwagier Króla, osobnik po jednym stanie przedzawałowym, suchutki, bez kropelki potu na czole, bez zadyszki, bez śladu zmęczenia, który powitał nas słowami:
- No co tak wolno?? Ile można na was czekać!

I tak to najpierw zdziadzialiśmy a potem zostaliśmy sromotnie zawstydzeni.

 
Te kolorowe maleńkie łupinki w dole to kajaki. Widok ze szczytu

Nad naszymi głowami krążyły drapieżniki, czekając zapewne na to, że któreś z nas padnie. Niedoczekanie!!!


Widok ze szczytu

DLa chętnych możliwość wspinaczki bezpośrednio po pionowych ścianach




Na drugą górę nawet nie próbowaliśmy wejść, aby uniknąć kolejnej sromotnej klęski. Wybraliśmy trasę widokową u podnóża góry. Było nie mniej malowniczo i do tego znacznie łagodniej.


 
 

10 komentarzy:

  1. Dla takich widoków, to chyba warto było. Gratulacje! Następną górę zdobędziecie w podskokach :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W podskokach mowisz? Hm, chyba ze te "podskoki" oznaczaja strugi potu i zadyszke jak ta lala:-))) Ja to raczej tak widze:-)

      Usuń
  2. Gratuluję wejścia na górę! I zostania ciotecznymi dziadkami :) Kruszynka na pewno wynagrodzi Wam to zdziadzienie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieje wyciganac Krola za tydzien na kolejna wspinaczke - zostala nam tam jeszcze jedna gora do zdobycia:-)

      Usuń
  3. Pieknie tam,dla takiego widoku warto sie dac sponiewierac:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widok piękny.A szwagier jeszcze żyje czy go zatłukłaś za taki tekst???)))
    Być młodą ciocio-babcią to nawet miłe. Gorzej gdybyś została zwyczajną babcią w wieku 33 lat, tak jak jedna z moich koleżanek. Ona urodziła swą córkę gdy miała 16 lat, córka zaś była "mądrzejsza" i urodziła synka w wieku 17 lat.
    Miłego, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szwagier żyje i ma się świetnie:-)))

      Usuń
  5. Piekne widoki, warto bylo sie pomeczyc :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pagatek, mnie już kusi kolejna górka w tamtej okolicy:-) Dla takich widoków warto wylać siódme poty:-)

      Usuń