piątek, 10 września 2010

Wizjoner czy szaleniec?

Wczoraj byłam w najdziwaczniejszym miejscu, jakie w życiu widziałam. Nazywa się ono The House on the Rock i znajduje się w Spring Green w Wisconsin. Ciągle nie mogę się otrząsnąć z tego, co zobaczyłam i szczerze mówiąc, nie wiem, jak opisać to wszystko. Nie wiem, co mam o nim myśleć. Czy człowiek, które je stworzył, był wizjonerem, czy trafiłam do sennego koszmaru wariata. Chyba najbliższe moim odczuciom będzie napisać, że wczoraj poczułam dotyk czyjegoś szaleństwa. Czyjegoś sennego koszmaru. Czyjejś wizji piekła.
Ale po kolei. 

Alex Jordan, pierwotny właściciel posiadłości (sprzedał ją 1988 roku, a więc przed ukończeniem ostatniej części budowli), był architektem. Postanowił zbudować sobie dom w miejscu, które od dawna mu się podobało, zwanym Deer Shelter Rock, malowniczo położonym wśród gęstego, mieszanego lasu, na zboczu wzgórza. Dom zaplanowano w pseudo-japońskim stylu, z niskimi stropami, panoramicznymi oknami, licznymi zakamarkami, otwartymi paleniskami, żywymi drzewami, których nie ścięto w czasie budowy, ale wykorzystano jako dekoracje. Do dekoracji posłużyły też maszyny grające, które Jordan sam konstruował, posążki w najróżniejszych stylach i z najróżniejszych epok. Różnorodność dekoracji jest zaskakująca - począwszy od elementów wyraźnie nawiązujących do chrześcijaństwa (zobaczcie zdjęcie witraży okiennych), figurek Matki Boskiej, po posążki buddy, drewniane mozaiki z chińskimi motywami i rycerskie zbroje.
Dom otacza piękny ogród, również utrzymany w japońskim stylu, z licznymi kładkami, mostkami, miniaturowymi wodospadami i posągami. 

Alex Jordan nie planował budowy atrakcji turystycznej, ale już w trakcie wznoszenia domu przypadkowi spacerowicze, zaintrygowani przedziwną budowlą, prosili go o możliwość zajrzenia do środka. A ponieważ chętnych do zwiedzania przybywało, z czasem zaczął inkasować opłatę w wysokości 50 centów. W pierwszym roku Jordan zarobił aż 5.000 dolarów. Postanowił więc, że rozbuduje swoją posiadłość, dodając wcześniej nieplanowane elementy.

Dom otwarto dla publiczności w 1960 roku. Następnie, w 1968 ukończona została część zwana Młynem, z największym na świecie otwartym paleniskiem, w 1971 wystawa, zwana "Ulice Przeszłości" ("Streets of Yesterday") a trzy lata później kolekcja "Muzyka Przeszłości". Z kolei w roku 1981 oddano do użytku salę z największą na świcie karuzelą i otaczające ją pokoje z kolekcją lalek i drugą, mniejszą karuzelą. Cztery lata później pojawiła się ostatnia konstrukcja, zaplanowana przez Jordana - pokój widokowy, dodany do pierwotnego domu, zwany "Infinity Room".
Obecnie całość dzieli się na trzy sekcje - dwie zbudowane przez samego Alexa Jordana i ostatnią, wzniesioną przez kolejnego właściciela. Trzecią kolekcję, równie imponującą jak poprzednie, nowy właściciel oparł na zbiorach Jordana, z sukcesem powielając stworzony wcześniej nastrój i niezwykłą atmosferę.  Można powiedzieć, że uczeń przerósł mistrza, bo dobudowany na końcu  budynek z ogromną salą browaru jest jeszcze bardziej niepokojąca w swej nieuchwytnej grozie.




 Ogród przed domem
 
 
Długi na 66 metrów, wznoszący się nad doliną na niemal 50, pokój widokowy.
 
Kiedy zaczynaliśmy zwiedzanie, byłam nastawiona po prostu na oglądanie domu ekscentrycznego, niezwykłego architekta. Wchodziłam więc do środka bez żadnego wyobrażenia tego, co tam zastanę. Pierwsze ukłucie niepokoju, małe ale wyraźne, przyszło wraz z pierwszymi obejrzanymi dekoracjami. Coś nieuchwytnego, nienazwanego ale niepokojącego było w tej bezrękiej kobiecie z tułowiem konia i kocie z karuzeli. 
 
Sam dom sprawił na mnie wrażenie, że służyć miał swojemu twórcy jako schronienie przed światem - z wyjątkowo niskimi stropami, umieszczonymi pod kątek oknami, przykrytymi orientalną mozaiką, licznymi zakamarkami i załomami. Dom - skrytka. Może nie tak wyobrażam sobie idealne miejsce dla rodziny, ale - poza nielicznymi dziwnymi dekoracjami - wyglądał całkiem... normalnie. Niestandardowo, niesztampowo (o co w Stanach, kraju identycznych domków, krytych sidingiem, raczej trudno), ale ciągle normalnie, mieszcząc się w pewnych granicach i konwencjach.





















Poniżej znajdziecie trzy filmy - jeden z ogrodu i pokoju widokowego, drugi z nagraniem muzyki, odtwarzanej przez jedną z tych niezwykłych grających maszyn, skonstruowanych przez Alexa Jordana i ostatni, pokazujący cały właściwy dom. Zdjęcia i nagrania są ciemne, ale w środku wszędzie panuje półmrok, oświetlenia nie zapewniają nawet okna, przykryte mozaikami.

 

 

 

Niezwykle, prawda? Ale ile pierwsza część domu w granicach normalności się mieściła, o tyle pozostałe  pomieszczenia tej niezwykłej budowli wykraczały daleko poza nią.

wtorek, 7 września 2010

Mało patriotycznie

W ostatni łikend odbywał się w naszym uroczym Wietrznym Mieście (a wieje od dwóch dni, że hoho) Taste of Polonia, czyli wielki festiwal polonusów, z żarciem, muzyką i dużą ilością rodaków na kupie. Za dużą. Więc - mało patriotycznie - cała zawartość naszego kurnika wsiadła zespół wespół do samochodu i zamiast na festiwal, ruszyła na podbój Hameryki. Do Świętego Louisa konkretnie. Wiem, wiem, już go prezentowaliśmy kilka postów wcześniej, ale to było tylko jedno ujęcie Uchwytu z mostu, z Wielkiej Wyprawy Mistera T., który to rzeczonego Świętego widział w locie. A teraz pojechaliśmy, żeby obejrzeć z bliska. Pomacać. Wejść. Zrobić odpowiednią dokumentację fotograficzną, tudzież filmową. A oto efekty naszej działalności.

St. Louis to raczej mało ciekawe, bo przemysłowe miast. Dużo kominów, fabryk, dzielnic industrialnych. 


Najładniejsze miejsca to a) przystań nad Mississippi b) łuk i okolice - znaczy park z bajorkiem i miejski ratusz. Skupiliśmy się więc na tych ładnych okolicach. 

Na miejsce dojechaliśmy grubo przed południem. Wydawało nam się, że długi weekend, więc wszyscy wybyli z miasta na jakieś łono, przyrody najprędzej i będzie w miarę pusto. Nadzieje okazały się płonne. Tego dnia na pobliskim stadionie odbywał się mecz bejsbola, ulubiona rozrywka wszystkich Hamerykanów, więc walili tłumnie do Świętego, żeby swoim pokibicować. No i oczywiście przybyli kibole drużyny przeciwnej, żeby swojaki dobrze się czuł na obcej ziemi, luda więc było cztery razy więcej, jak zwykle. Ups.

No to trzeba było odstać swoje w kolejce do bramek ochrony, jak na lotnisku, potem godzinkę po bilety a potem odczekać swoje w kolejce do kolejki, która z prędkością światła wjeżdża na górę, gdzie przez okienka można podziwiać piękne miasto St. Louis. Na fotce poniżej właśnie te okienka.


A to widoki z góry.


Budynek na pierwszym planie to miejski ratusz.


I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie trudności z zachowaniem równowagi na górze. Łuk wyraźnie się chwieje w podmuchach wiatru:) i to wcale nie żart. Zabawne uczucie. 

Na górę jedzie się cztery minuty, tam 15 minut na podziwianie widoków i zdjęcia i trzyminutowy zjazd w dół. Można by pomyśleć, że zabawa niewarta takiego długiego czekania w tylu kolejkach? No można by, ale mła uważa, że warta. Wrażenia niesamowite.

Widok z parostatku, pływającego po Missisipi




Może i konstrukcja mało praktyczna, ale za to jaka fotogeniczna:)
I jaki zachód słońca widzieliśmy w drodze powrotnej. Hohohohohohoohoho.

Zdjęcie ze specjalną dedykacją dla Mr. D, który kiedyś przemierzał drogi i bezdroża Ameryki w jednym z takich kolosów.


Silosy to kwintesencja Ameryki. Nie ma amerykańskiej prowincji bez charakterystycznych, lśniących silosów.



Wszystkie zdjęcia autorstwa wspólnego mieszkańców Kurnika. Film jak zwykle kręcił i montował genialny Król, bliski zdobywca Oskara. Albo innego Emi. 
 Dobranoc Państwu.

sobota, 4 września 2010

Dawno, dawno temu, na Dzikim Zachodzie

Dawno, dawno temu, na Dzikim Zachodzie, szeryf stanowił prawo. To on był wyrocznią, alfą i omegą, bogiem małej społeczności, którą miał się opiekować. I choć od tamtej pory minęło trochę lat, zmieniło się prawo, obyczaje, to jednak pewnemu szeryfowi ciągle się wydaje, że żyje w tamtych pięknych czasach. Niestety, jego zdania nie podziela rząd federalny, który prowadzi przeciwko naszemu dzielnemu stróżowi prawa śledztwo. Dlaczego? Ano posłuchajcie...

Nasz dzielny szeryf nazywa się Joe Arpaio, mieszka w pięknym stanie Arizona, w hrabstwie Maricopa (obejmującym stolicę stanu Phoenix oraz najbliższe okolice) i choć sam jest synem włoskich imigrantów, to jednak zdecydował się wydać walkę imigrantom właśnie, którzy masowo a nielegalnie przybywają z pobliskiego Meksyku. Oczywiście na jego celowniku nie znajdują się tylko nielegalni przybysze. Jego ambicją jest całkowite oczyszczenie miasta z kryminalistów wszelkiej maści, poczynając od złodziei, prostytutek i  dilerów narkotyków a kończąc na wszystkich tych, którym nie działa lewy kierunkowskaz. Ma do dyspozycji 160 ludzi, nie licząc gromady wolontariuszy, którzy dobrowolnie patrolują ulice, wyszukując przestępców i zamykając ich w lokalnym więzieniu. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie kilka małych ale.

Ale numer 1 - więzienie to nie klasyczny budynek z kratami, toaletami, dostępem do bieżącej wody, ale ogromne miasteczko namiotów, które Nasz Dzielny Szeryf odkupił od armii (pozostałości po wojnie w Korei). W każdym z nich mieści się po 20 łóżek. Nie ma bezpośredniego dostępu łazienek, które mieszczą się w usytuowanym niedaleko murowanym budynku, zawierającym również kuchnię i biura. Wydawane są tylko dwa posiłki dziennie, a szeryf chwali się w wywiadach, że policyjne psy w jego hrabstwie są lepiej karmione, niż więźniowie. 
Osadzeni mogą oglądać dwa kanały telewizyjne – o pogodzie, "żeby wiedzieli, że jutro znowu będzie gorąco jak cholera” i o gotowaniu „żeby wiedzieli, jak pyszne jest żarcie na wolności”. W namiotach nie ma klimatyzacji, choć w środku lata temperatura dochodzi do 50 stopni Celsjusza. Na protesty więźniów szeryf ma jedną odpowiedź: "Jeśli ci się tu nie podoba, to nie wracaj. I przestań narzekać. Nasi żołnierze, walczący w Iraku i Afganistanie mieszkają w takich samych namiotach, w dużo gorętszym klimacie... Więc po prostu się zamknij" (cytat z oficjalnej strony Naszego Dzielnego Szeryfa, którą znajdziecie tutaj). Warunki są spartańskie, ale szeryf uważa, że żadnemu nielegalnemu imigrantowi ani kryminaliście (którymi wy też możecie się nagle stać, sprawdźcie więc dokładnie stan techniczny waszego samochodu przed wizytą w Phoenix, ludzie Szeryfa są bardzo czujni i zdeterminowani, aby złapać nas wszystkich) nie należą się względy.

Ciekawie wygląda również program resocjalizacji - prace społeczne w grupach, połączonych wspólnym łańcuchem (pewnie je pamiętacie ze starych filmów - tak to teraz wygląda w Arizonie), również dla kobiet i nieletnich, "edukacyjne" marsze skutych więźniów przez centrum Phoenix ("Matki dziękują mi, że mogły pokazać dzieciom, co je czeka, jeśli zejdą na złą drogę" – zachwala swój pomysł szeryf) oraz billboardy z napisami „Jeśli ci się tu nie podoba, to nie wracaj”.
Mnie osobiście jednak najbardziej urzekł inny pomysł Naszego Dzielnego Szeryfa: 

Wolne pokoje w Arpaio's Inn - czyli neon nad więzieniem:-)

Ale numer 2 - łamanie praw człowieka i nadużywanie przemocy, które ma miejsce w więzieniu Naszego Dzielnego Szeryfa. Liczne skargi więźniów i ich rodzin doprowadziły do rozpoczęcia śledztwa federalnego, które wykazało liczne nadużycia ze strony szeryfa i jego ludzi. Znęcanie się przez klawiszy, tortury, nierzadko doprowadzające do śmierci są tutaj na porządku dziennym. Byli więźniowie lub ich rodziny do tej pory wywalczyły od hrabstwa 43 miliony dolarów odszkodowania za znęcanie się i zabójstwa.

Ale numer 3 - federalne śledztwo dowiodło, że szeryf i jego ludzie są tak zajęci łapaniem imigrantów, że zapomnieli o pozostałych obowiązkach, w związku z czym w mieście notuje się 69 % więcej brutalnych przestępstw, niż kilka lat temu i 166 % więcej morderstw. Znacznie wydłużył się też czas oczekiwania na policyjną interwencję, bo funkcjonariusze szeryfa są zbyt zajęci łapaniem nielegalnych zbieraczy kukurydzy i kapusty. Wprawdzie władze federalne cofnęły niedawno szeryfowi uprawnienia do łapania imigrantów, ale Arpaio nic sobie z tego nie robi, dalej prowadząc swoje łapanki, a do tego chwaląc się nimi głośno w mediach, po każdej akcji organizując konferencje prasowe.  

Ale numer 4 - Nasz Dobry Szeryf (nazywający sam siebie Najtwardszym Szeryfem Ameryki) prowadził w tv swoje własne reality show (stacja Fox News wyemitowała trzy odcinki)  "Uśmiechnij się, jesteś aresztowany", w którym poszukiwani przestępcy byli zatrzymywani w kompromitujących ich sytuacjach filmowanych ukrytą kamerą. – Nie jestem z tego jakoś specjalnie dumny – przyznaje. – Ale zrobiłem, co do mnie należało – to był swego rodzaju apel do ściganych, żeby sami się zgłosili, zanim ich ośmieszymy w telewizji.

Zarzutów przeciwko cierpiącemu na manię wielkości Szeryfowi  (chwali się między innymi, że zatrzymał samego Króla Elvisa, ale puścił wolno, bo ten okazał należny władzy szacunek) jest wiele, ale czego by o nim nie mówić i jakich argumentów przeciwko nie przytaczać, cieszy się on wielkim poparciem, piastując swój urząd od dekady. Jest w swoim hrabstwie absolutnie wszechwładny, stojąc ponad prawem  i owo prawo naginając według własnego widzimisię, pomimo toczących się przeciwko niemu śledztw.

I co powiecie na takiego szeryfa? 

Najtwardszy Szeryf Ameryki

P.S. Nasz Dobry Szeryf jednak jest moim idolem z zupełnie innego względu - bardzo pomysłowej kampanii reklamowej przy użyciu... różowych męskich bokserek z logo urzędu szeryfa hrabstwa Maricopa oraz napisem "Go, Joe!" :-))))))))) Nasi politycy mogliby się od niego uczyć:-)