Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podróże. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2012

Floryda w obrazkach nieruchomych

Mam pytanie - lubicie się fotografować?
Bo ja nie znoszę. Jestem wyjątkowo niefotogeniczna - na każdym zdjęciu mam głupią minę, sterczące włosy i wykwita mi nos-kartofel.
Nienawidzę własnych zdjęć. Mam może ze cztery - z całego życia - które mi się podobają. Za każdym razem, kiedy ktoś celuje we mnie obiektywem aparatu, przeżywam identyczną traumę - "Jaki koszmar znowu zobaczę?" :-))
Nikt mnie i mojej fotograficznej traumy nie chce zrozumieć. Dlaczego, ja się pytam, dlaczego?
:-)

Dziś Floryda na obrazkach - udało nam się obejrzeć jeden wschód słońca nad Atlantykiem, ale jestem zawiedziona - nie wiem właściwie, czego się spodziewałam:-) ale był jakiś taki... mało spektakularny:-))))



Moje ulibione wspólne zdjęcie z Królem:-))

Wschód słońca nad Atlantykiem


niedziela, 1 kwietnia 2012

Fort Lauderdale

Na pomysł urlopowania się wpadliśmy w ostatniej chwili. W królewskiej pracy z powodów wyższych zakazano urlopowania się w miesiącach kwiecień - maj. Do wyboru  było - czekać dwa miesiące albo jechać już. No to wybraliśmy opcję na "już". Oboje tak byliśmy zmęczeni miastem, hałasem, korkami i pracą (moi non-profitowcy są tak niezorganizowani, bałaganiarscy, każdy jest tam co najmniej dyrektorem a nawet prezydentem, że praca z nimi bywa naprawdę męcząca; pracowałam w różnych miejscach ale pierwszy raz widzę tak bez ładu i składu zarządzaną firmę; niestety na razie jest to jedyna opcja zatrudnienia, więc się ich trzymam, wdzięczna za to, co mam), że postanowiliśmy bez długiego planowania, że jedziemy. A raczej lecimy.

Zawsze mamy tutaj dylemat - samolot czy samochód. Z jednej strony przy tych odległościach do przebycia samolot wydaje się sensowym rozwiązaniem, z drugiej jednak ten kraj jest tak piękny, że szkoda nie widzieć tego wszystkiego, co jest po drodze. Podróżuje się tu fenomenalnie - autostrady są równe, szerokie, więc jedzie się szybko (w ojczyźnie miłej pokonanie 230 km od domu mojej mamy do stolycy zajmuje 3,5 godziny, tutaj o połowę mniej), kierowcy zdyscyplinowani - sama przyjemność. Uwielbiamy jeździć tutaj samochodem i raczej wolimy aktywne spędzanie urlopu - znaczy w trasie.  Dużo jeżdżenia, chodzenia, zwiedzania. Ciągle nam mało nowych widoków i miejsc.

Ale tym razem oboje byliśmy tak zmęczeni, że stwierdziliśmy, że potrzebujemy położyć się na piasku i leżeć. Żadnej aktywności. Null. Nicht. Stąd pomysł na Florydę.

Przyznam się bez bicia, że nawet nie zajrzałam przed wylotem do żadnego przewodnika. Żadnego planowania zwiedzania, żadnego wyszukiwania ciekawostek i listy rzeczy "must see". Jedyne, co nas interesowało, to jak daleko będziemy mieć do plaży i żeby nie było dalej, jak 10 minut. Amen. Naprawdę byliśmy zmęczeni.  (Zawsze dziwiłam się moim turystom, że lecąc na wakacje, nawet nie zajrzą do przewodnika, żeby sprawdzić, jakie właściwie jest to miejsce, które wybrali na wypoczynek - jaki kraj, zabytki, zwyczaje etc. Zwracam honor. Też nie zajrzałam. Teraz rozumiem:-)) )
I pewnie dlatego tak mnie wszystko zaskoczyło:-))

Nie wiem, jak sobie to wszystko wyobrażałam, pewnie w swoim zmęczonym umyśle w ogóle; miałam jedynie taki mglisty zarys - Król, ja, czysta plaża, cicho, ptaszyny ćwierkają; żadnych samochodów, dzwoniących telefonów, wyjącej muzyki i ryczących syren radiowozów/karetek. Podkreślam - ŻADNYCH korków, spalin i trąbienia.
Tom się zdziwiła:-)

Najbardziej zdziwiłam się wąską plażą, jak powiedział nam kierowca taksówki wiozącej nas z lotniska "najsłynniejsza i najpiękniejsza plaża Fort Lauderdale", przy której znajduje się ruchliwa dwu a w części nawet czteropasmówka a za nią zwarta zabudowa z knajpami, pubami i sklepami z pamiątkami. Widziałam coś takiego w Aleksandrii i było to dla mnie szokiem, bo ciągle w głowie miałam plaże znad Bałtyku - szumiące sosnowe lasy, wydmy, przestrzeń. Myślałam sobie wtedy, że to jakiś egipski dziwaczny wynalazek - leżeć tuż przy pędzących samochodach, w obłokach spalin i nieustannym hałasie samochodów. Jak tu wypocząć?

Idiotka:-))

Nie tylko Egipcjanom nie przeszkadza plażowanie na środku skrzyżowania:-) Rozumiem, że idea jest taka, żeby turyści prosto z plaży, bez konieczności długich spacerów, mogli przenieść się do jednej z knajp czy na margaritę do pubu. Leżymy sobie na plaży a jak nam się zachce zimnego piwa, mamy 5 minut do wodopoju. Wygodne, szczególnie jak się ma dzieciaki albo jest staruszkiem.
Ale jednak widok plażowiczów, przy głowach których pędzą samochody, jakoś mnie nie przekonał do takiej idei spędzania urlopu. Na szczęście godzinę spaceru od hałasliwego centrum znajdowały się ciche, puste plaże, z dala od ulicy a ocean był zaskakująco ciepły.

Centrum miasta i "najpiękniesza" plaża:-)



środa, 25 stycznia 2012

O kiełbasce wyborczej i nie tylko

Zdjęcie z cheezburgera, ofkors
Prezydent Obama wygłosił wczoraj State Of The Union, czyli po naszemu - uroczyste orędzie do Kongresu i zarazem Narodu. Orędzie owo jest corocznym sprawozdaniem ze stan państwa i zapowiedzią dalszych działań, a że mamy rok wyborczy, było szczególnie ważne (ok, wszyscy wiemy, że choć pan Obama nie cieszy się ogromnym poparciem społeczeństwa, to jednak  zostanie na drugą kadencję, bo jego przeciwnicy to jakiś żart).
Obiecał wszystkim dużo pysznej kiełbasy wyborczej. Dowiedzieliśmy się więc, że będą powstawać nowe miejsca pracy, że każdy będzie miał szansę studiować, że upadające firmy dostaną pomoc finansową, że zmniejszy się import z Chin a za to zaczną się otwierać nowe fabryki, że upadający przemysł samochodowy wróci do czasów swojej świetności a miasta takie jak Detroit (żyjące przecież z owego przemysłu) znowu zakwitną. Banki przestaną odbierać ludziom domy (obecnie na rynku jest 7,4 miliona mieszkań, zabranych przez banki!!!), ludzie zaczną więcej zarabiać, każdy będzie miał ubezpieczenie a firmy ubezpieczeniowe nie będą mogły odmawiać pokrywania kosztów leczenia. I że zrobi dobrze wszystkim imigrantom. I że milionerzy będą płacili uczciwie podatki. I jeszcze dużo, dużo więcej.

Pięknie mówił. Było dużo patriotycznych haseł, dużo klaskania i uścisków i w ogóle było cudnie, a ja mam tylko nadzieję - i ze szczerego serca tego wszystkim Amerykanom życzę, żeby choć połowę z tych wszystkich szumnych zapowiedzi udało się panu Obamie wcielić w życie.
Bo to wszystko należy się ludziom jak psu kiełbasa.

Wczoraj czytałam o czlowieku, który wygrał w loterii 14 milionów. Zapytano się go więc, co sobie kupi najpierw. A on skromnie powiedział, że w końcu zapłaci za ubezpiecznie - dobre ubezpieczenie - i może w końcu uda mu się doczekać przeszczepu nerki, bo do tej pory nie było go na to stać.

A mnie się nóż w kieszeni mi się otworzył.
Nożesz co za popieprzony świat, żeby człowiek powoli umierał, bo go nie stać na leczenie.


A teraz z innej beczki.
Na szikagowskich faktach wyczytałam news treśni następującej: ""Pasażerowie linii lotniczych mają prawo wiedzieć o pełnej cenie przelotu, którą będą musieli zapłacić, już w momencie, kiedy rezerwują swój lot. Wprowadziliśmy reguły dotyczące reklamowania cen przelotów, aby chronić klientów, i w dalszym ciągu zamierzamy to robić" - komunikat Departamentu Transportu cytuje sekretarza tej organizacji Raya LaHooda."

W związku z powyższym firma LOT zubożeje o 60 tysi. Zielonych. Taką karę nałożono na nią za podawanie nieprawdziwych cen w reklamach, bowiem powyższe prawo obowiązkuje nie tylko amerykańskich przewoźników, ale również tych, którzy chcą do Stanów latać. LOT znalazł się więc na krótkiej czarnej liście, w towarzystwie Asiana Airlines.

A ja z radości zacieram rączki - i dobrze im tak, oszustom.
Mnie też kiedyś przerobili na osiem stówek peelenów, jak się okazało, że cena podawana na plakacie nijak się ma do rzeczywistości i jest tak naprawdę wyższa. Ale niedużo - jak optymistycznie zauważyła pani sprzedająca bilet. Po tej uwadze od razu zrobiło mi się lepiej. Ach, jak "niedużo" - to wszystko ok. Czyż nie?

sobota, 30 lipca 2011

Black Hills

To miejsce było absolutnie magiczne.
Pierwszego dnia spowijała je gęsta mgła, drugiego świeciło oszołamiające słońce - za każdym razem, w każdej scenerii były jednakowo nastrojowe i tajemnicze. Panująca tam atmosfera sprawia, że nie dziwię się, że Indianie uważają je za święte miejsce. Są naprawdę niesamowite.

A to fragment wywiadu z Edgarem Bear Runner, jednym z działaczy indiańskich, którego rodzina od pokoleń zaangażowana była w walkę o wolność Indian (jego dziadek jako szesnastoletni chłopak brał udział w bitwie pod Little Big Horn, walcząc u boku Szalonego Konia), poszanowanie ich praw i poprawę warunków bytowych.

"The Black Hills, Czarne Wzgórza, przyznano Indianom Lakota traktatem z Fortu Laramie w 1868 roku. Jednak już w roku 1874 odkryto na ich terenie złoto i rozpoczęła się jakże powszechna gorączka w poszukiwaniu tego metalu. Jako że Indianie przeciwstawili się intruzom, do obrony górników rząd USA wysłał wojsko. Później wielokrotnie próbowano przekonać Lakotów do zrezygnowania z Czarnych Wzgórz, lecz bez rezultatu. W tej sytuacji w 1877 r. Kongres zatwierdził aneksję Czarnych Wzgórz. Od tamtej pory Indianie Lakota nieustannie walczą o zwrócenie im świetych dla nich terenów i mimo tego, że prawa do nich zostaly im oficjalnie przyznane, nie zrobiono nic, by im Czarne Wzgórza zwrócić. Zamiast tego rzad próbował, i nadal próbuje, zrekompensować Lakotom utratę świętych ziem pieniędzmi. Ale Lakoci nie chcą pieniędzy, chcą odzyskać Czarne Wzgórza.

(...) Od niepamiętnych czasów Czarne Wzgórza były dla nas świętymi Czarnymi Wzgórzami, tam moi ludzie zawsze udawali się modlić... tak zresztą jest i obecnie. Nasza religia jest oparta na modlitwie, zazwyczaj udajemy się na wysokie wzgórze i pościmy przez cztery dni. Nie wiem dokładnie od kiedy, ale jak mi mówiono, moi ludzie zawsze się tam modlili. Tam panuje specyficzna atmosfera, bardzo duchowa, którą można wyczuć przejeżdżając tylko przez tereny Czarnych Wzgórz. To bardzo piękne miejsce..."

Cały wywiad można przeczytać tutaj.










środa, 20 lipca 2011

Badlands

To był mój pierwszy (ale miejmy nadzieję, nie ostatni:-) ) amerykański park narodowy. Słynne Badlands, kraina skał otoczonych falujaca prerią i siedziba grzechnotników:-))

Badlands było przedostatnim przystankiem w czasie naszej krótkiej podróży przez Południową Dakotę. Do parku wjechaliśmy wczesnym rankiem, kiedy mgły dopiero unosiły się w górę, odsłaniając niesamowity, księżycowy krajobraz.







Te skały stanowiły przed milionami lat dno ogromnego morza, pokrywajacego całą centralną część kontynentu, teraz - zerodowane przez wodę i wiatr - tworzą fantastyczne kształty. Przez park prowadzi kilka dróg, w tym trasa widokowa, którą i my się poruszliśmy. Droga była wąska i kręta, na szczęście co kilka kilometrów (a w niektórych bardziej atrakcyjnych miejscach co kilkadziesiąt metrów), znajdowały się punkty widokowe. Niestety, gęsto rozmieszczone tablice, ostrzegające przed grzechotnikami, skutecznie zniechęcały mnie do brodzenia w trawie. Ze zgrozą patrzyłam na całe rodziny w klapeczkach, łażące sobie beztrosko poza wyznaczonymi szlakami. Brrr. Na szczęście grzechotniki bały się nas równie mocno, jak my ich, bo żaden się nie pokazał.

Na szlakach znajduje się kilka przeszklonych gablot ze skamieniałymi szczątkami prehistorycznych zwierząt. Teren ten jest prawdziwym rajem dla  zainteresowanych paleontologią. W oligocenie (35-23 milionów lat temu) był to teren płaski, podmokły, porośnięty bujnym, tropikalnym lasem. Na podstawie znajdowanych szczątków wiadomo, że w owym lesie żyły pra-konie, tapiry, dziki, nosorożce, hipopotamy i tygrysy szablastozębe. Ich kości znajdowane są w parku do dnia dzisiejszego, zresztą wielu turystów właśnie po to ze szlaków schodziło - żeby pobuszować wśród skał i przywieźć do domu jakieś ciekawe trofeum. Nikogo nie odstraszały tabliczki z prośbami, żeby tego nie robić i groźbami kar:-)








Teren Badlands był zamieszkały przez łowców mamutów co najmniej od 11 tysięcy lat. Po epoce lodowcowej na prerii żyli Indianie, dla których głównym źródłem pożywienia stały się bizony. Od tysiącleci Indianie traktowali Badlands z poczuciem trwogi i respektu przed siłami natury. Siuksowie nazywali ten teren mako sica, a francuskojęzyczni traperzy z Kanady - "złymi ziemiami do przejścia" (les terres mauvaises a traverser), po angielsku właśnie bad lands.

W dzisiejszych czasach bizony - po długiej przerwie - znowu wróciły do Badlands. Ich ogromne stada (choć dużo mniejsze, jak w czasach przed najazdem białych) znowu pasą się na prerii. Niestety, żadnego nie widzieliśmy z bliska, jedynie przez obiektyw aparatu z taaaaaakim teleobiektywem, dzięki uprzejmości jednej pani z Minnesoty, która użyczyła mi swojego aparatu na którymś punkcie widokowym. Jednak jeśli dobrze się przyjrzeć, widać je na jednym z filmów Króla, które zamieściłam poniżej. Te małe czarne kropki to bizony właśnie:-))







Badlands znajduje się na terenie jednego z największych rezerwatów indiańskich, Pine Ridge. Niestety, do rezerwatu i miejsca słynnej masakry nad strumieniem Wounded Knee, nie udało nam się dojechać - od południa nadciągała potężna burza i trzeba było czym prędzej uciekać z parku. Zostało więc robienie zdjęć, filmowanie i nadzieja, że kiedyś jeszcze zawitamy w te okolice (mła zaopatrzona w kowbojki, żeby d... nie trzęsła ze strachu przed grzechotnikami:-) ).

Filmy sa długie, ale staraliśmy się nagrać jak najwięcej - tam było tak pięknie, że nie byłam w stanie odłożyć aparatu a potem przy montażu marudziłam Królowi: "tylko za dużo nie wycinaj! nie za dużo!" No i mamy - prawie godzinny film z Parku Narodowego Badlands:-) Miłego oglądania:-))




niedziela, 17 lipca 2011

Preria

Król Kurnika zapytał mnie dziś rano, kiedy to awansował na blogasku z Króla Kurnika na Pana i Władcę.
- Ależ nie wiem, o czym mówisz, kochanie - odparłam, mrugając powiekami.

Od kiedy zobaczyłam w Macy's tę piękną garsonkę a la Jackie Kennedy za dwie stówy, k o c h a n i e.


P.S. Pan i Władca zlitował się nade mną, a raczej poirytowało go moje marudzenie, w każdym razie zlitował się i skręcił filmy z Dakoty. I tak oto nasza domowy wytwórnia filmowa prezentuje film pt "Zielono mi".

Pisałam już, jak ogromne zrobiła na mnie wrażenie preria? Jak jeszcze nie było tu cywilizacji, tych wszystkich szos, billboardów i słupów wysokiego napięcia, dopiero musiało być pięknie.
Film ma specjalną dedykację - dla W.
Mam nadzieję, że kiedyś przylecisz i zobaczysz ją na własne oczy.

sobota, 16 lipca 2011

Town 1880, Południowa Dakota


Kto lubił w dzieciństwie westerny ręka do góry.

No to skoro lubiliście, to spodobałoby się wam niewielkie historyczne miasteczki w południowej Dakocie. Zbudowane zostało w połowie lat 70 ubiegłego stulecia z historycznych budynków (lata 1880-1920), pościąganych tam z całego stanu. Na przykład Draper Hotel, zbudowany w 1910 roku, przeniesiony został z miejscowości (a jakże) Draper, kościół Św. Stefana (rocznik 1915) z Dixon a The C&N Depot, Express Agency i Telegraph Office z Gettysburga. W miasteczku znajduje się również Vanishing Praire Museum, gdzie na parterze wystawione (a raczej bezładnie wrzucone do gablot) są eksponaty z przełomu XIX i XX wieku, a na piętrze kawalek planu filmowego z "Tańczącego z Wilkami" - chatka porucznika Dunbara, tipi, wypchany wilk  i bizon, szpital polowy z tamtego okresu, trochę ubrań i broni.

Muzeum zrobiło na mnie smutne wrażenie - pozostałości po wspaniałej kulturze Indian wymieszane z pozostałościami po armii amerykańskiej, która wyrżnęła ich w pień, wrzucone byle jak, zakurzone i zaniedbane.
Hm. Chyba nie tak to powinno wyglądać.

Ale samo miasteczko jest ciekawe. Budynki są w większości w pełni wyposażone w przedmioty z epoki, można wejść albo zajrzeć do środka, jest oczywiście kościół i cmentarzyk oraz saloon, w którym odbywają się show (my trafiliśmy na świetnych McNasty Brothers). Jest młyn, oryginalna stacja kolejowa i restauracja w pociągu z tamtych czasów. Jeśli fascynował was Dziki Zachód z jego romantyczną legendą, polecam. 

Oryginalna reklama Town 1880














A to już efekty gróźb pod adresem Pana i Władcy.
W końcu zmontował część filmów.
Nie ma to jak dobry szantaż:-)

Muzeum.


McNasty Brothers