Na pomysł urlopowania się wpadliśmy w ostatniej chwili. W królewskiej pracy z powodów wyższych zakazano urlopowania się w miesiącach kwiecień - maj. Do wyboru było - czekać dwa miesiące albo jechać już. No to wybraliśmy opcję na "już". Oboje tak byliśmy zmęczeni miastem, hałasem, korkami i pracą (moi non-profitowcy są tak niezorganizowani, bałaganiarscy, każdy jest tam co najmniej dyrektorem a nawet prezydentem, że praca z nimi bywa naprawdę męcząca; pracowałam w różnych miejscach ale pierwszy raz widzę tak bez ładu i składu zarządzaną firmę; niestety na razie jest to jedyna opcja zatrudnienia, więc się ich trzymam, wdzięczna za to, co mam), że postanowiliśmy bez długiego planowania, że jedziemy. A raczej lecimy.
Zawsze mamy tutaj dylemat - samolot czy samochód. Z jednej strony przy tych odległościach do przebycia samolot wydaje się sensowym rozwiązaniem, z drugiej jednak ten kraj jest tak piękny, że szkoda nie widzieć tego wszystkiego, co jest po drodze. Podróżuje się tu fenomenalnie - autostrady są równe, szerokie, więc jedzie się szybko (w ojczyźnie miłej pokonanie 230 km od domu mojej mamy do stolycy zajmuje 3,5 godziny, tutaj o połowę mniej), kierowcy zdyscyplinowani - sama przyjemność. Uwielbiamy jeździć tutaj samochodem i raczej wolimy aktywne spędzanie urlopu - znaczy w trasie. Dużo jeżdżenia, chodzenia, zwiedzania. Ciągle nam mało nowych widoków i miejsc.
Ale tym razem oboje byliśmy tak zmęczeni, że stwierdziliśmy, że potrzebujemy położyć się na piasku i leżeć. Żadnej aktywności. Null. Nicht. Stąd pomysł na Florydę.
Przyznam się bez bicia, że nawet nie zajrzałam przed wylotem do żadnego przewodnika. Żadnego planowania zwiedzania, żadnego wyszukiwania ciekawostek i listy rzeczy "must see". Jedyne, co nas interesowało, to jak daleko będziemy mieć do plaży i żeby nie było dalej, jak 10 minut. Amen. Naprawdę byliśmy zmęczeni.
(Zawsze dziwiłam się moim turystom, że lecąc na wakacje, nawet nie
zajrzą do przewodnika, żeby sprawdzić, jakie właściwie jest to miejsce, które wybrali
na wypoczynek - jaki kraj, zabytki, zwyczaje etc. Zwracam honor. Też
nie zajrzałam. Teraz rozumiem:-)) )
I pewnie dlatego tak mnie wszystko zaskoczyło:-))
Nie wiem, jak sobie to wszystko wyobrażałam, pewnie w swoim zmęczonym umyśle w ogóle; miałam jedynie taki mglisty zarys - Król, ja, czysta plaża, cicho, ptaszyny ćwierkają; żadnych samochodów, dzwoniących telefonów, wyjącej muzyki i ryczących syren radiowozów/karetek. Podkreślam - ŻADNYCH korków, spalin i trąbienia.
Tom się zdziwiła:-)
Najbardziej zdziwiłam się wąską plażą, jak powiedział nam kierowca taksówki wiozącej nas z lotniska "najsłynniejsza i najpiękniejsza plaża Fort Lauderdale", przy której znajduje się ruchliwa dwu a w części nawet czteropasmówka a za nią zwarta zabudowa z knajpami, pubami i sklepami z pamiątkami. Widziałam coś takiego w Aleksandrii i było to dla mnie szokiem, bo ciągle w głowie miałam plaże znad Bałtyku - szumiące sosnowe lasy, wydmy, przestrzeń. Myślałam sobie wtedy, że to jakiś egipski dziwaczny wynalazek - leżeć tuż przy pędzących samochodach, w obłokach spalin i nieustannym hałasie samochodów. Jak tu wypocząć?
Idiotka:-))
Nie tylko Egipcjanom nie przeszkadza plażowanie na środku skrzyżowania:-) Rozumiem, że idea jest taka, żeby turyści prosto z plaży, bez konieczności długich spacerów, mogli przenieść się do jednej z knajp czy na margaritę do pubu. Leżymy sobie na plaży a jak nam się zachce zimnego piwa, mamy 5 minut do wodopoju. Wygodne, szczególnie jak się ma dzieciaki albo jest staruszkiem.
Ale jednak widok plażowiczów, przy głowach których pędzą samochody, jakoś mnie nie przekonał do takiej idei spędzania urlopu. Na szczęście godzinę spaceru od hałasliwego centrum znajdowały się ciche, puste plaże, z dala od ulicy a ocean był zaskakująco ciepły.
Centrum miasta i "najpiękniesza" plaża:-)